Rynek w Radosnej Dolinie pachniał tego dnia świeżą farbą. Na środku placu stało wielkie, białe Wspólne Płótno – ustawione specjalnie z okazji Dnia Kropki – a wokół niego zbierała się kolejka mieszkańców, każdy z jakimś pomysłem na swój własny ślad. Słońce grzało tak przyjemnie, że farba na już gotowych znakach schła niemal na oczach.
Szyna podjechała pierwsza, spokojnie i pewnie. Cofnęła się, przejechała do przodu, jeszcze raz się cofnęła – aż na płótnie powstał idealnie równy, geometryczny wzór, rząd obok rzędu, jak starannie wyliczony plan.
– Piękne – powiedział Rocky, podjeżdżając zaraz po niej. – Ale zobacz to.
Cofnął się mocno i zostawił jeden, gruby, pewny siebie ślad opony.
– Solidna robota – mruknął z dumą.
Obok, tuż nad płótnem, fruwał Pędzelek, mały, kolorowy pojazd-malarz, który wymyślił cały tegoroczny Dzień Kropki w Dolinie. Jednym płynnym ruchem zostawił na płótnie zawijas z czerwonej i żółtej farby, który wyglądał jak mały, wesoły wir.
Kółek podjechał do kolejki, ale kilka metrów przed płótnem zwolnił, a potem zatrzymał się zupełnie.
Patrzył na równy wzór Szyny. Na mocny ślad Rocky'ego. Na kolorowy zawijas Pędzelka.
– Ja... chyba nie mam nic do zostawienia – powiedział cicho i odjechał na bok, tłumacząc sobie, że robi miejsce w kolejce dla kogoś innego.
Krążył potem niepewnie przy skraju rynku, obserwując, jak jeden mieszkaniec po drugim zostawia na płótnie coś swojego. Ktoś zostawiał wzór z zębatych opon, ktoś inny odcisk w kształcie gwiazdy, jeszcze inny długą, falującą linię.
– Każdy coś potrafi – pomyślał Kółek. – Szyna liczy trasy jak nikt inny. Rocky buduje. Pędzelek maluje. A ja tylko jeżdżę. To nawet nie jest talent, to po prostu... jeżdżenie.
Rocky, mijając go po raz drugi z kolejnym ładunkiem farby, zawołał wesoło: – Kółek, chodź, zostaw coś! Nie musisz się zastanawiać, po prostu jedź!
– Chyba... jeszcze nie teraz – odpowiedział Kółek, cofając się jeszcze bardziej w stronę skraju placu.
Szyna podjechała do niego spokojnym tempem. – Wiesz, że każdy ślad na tym płótnie jest inny? O to właśnie chodzi w tym dniu.
– Ale twój ślad coś pokazuje – powiedział Kółek. – Mój po prostu... by tam był. Nic więcej.
Szyna chciała coś odpowiedzieć, ale w tym momencie ktoś zawołał ją do pomocy przy ustawianiu kolejnych rzędów farby, i odjechała, zostawiając Kółka samego z jego wątpliwościami.
Kółek zaczął się cofać jeszcze dalej, żeby zrobić przejście dla kolejnych mieszkańców i wtedy jego tylne koło wjechało prosto w niewielką kałużę rozlanej, niebieskiej farby przy samej krawędzi płótna. Zanim zdążył zareagować, na białej powierzchni pojawił się jeden, niewielki, krzywy ślad opony – trochę rozmazany, trochę przekrzywiony, zupełnie niepodobny do niczego, co dotąd zostawiono na Wspólnym Płótnie.
– O nie – szepnął Kółek, patrząc na swój przypadkowy znak z przerażeniem.
Rozejrzał się szybko, czy ktoś zauważył, i już miał się cofnąć, żeby jakoś zamazać ślad kołem, zanim ktokolwiek go zobaczy, gdy usłyszał tuż obok siebie głos Pędzelka.
– Czyj to ślad? – zapytał Pędzelekwyraźną ciekawością, przyglądając się niewielkiej, niedoskonałej plamie.
Kółek spuścił reflektory. – Mój. Ale to przez przypadek, wjechałem w farbę, kiedy się cofałem. Obróciłem się, żeby sprawdzić co się stało i pomazałem płótno. Mogę go zamalować, zanim...
– Zaczekaj – przerwał mu Pędzelek, podjeżdżając bliżej i przyglądając się śladowi z bliska. – To ciekawe. Popatrz, jak jest ułożony – jakby coś się dopiero zaczynało. Jakby czekał, żeby ktoś dodał do niego coś jeszcze.
Kółek spojrzał na swój ślad jeszcze raz, tym razem uważniej. Rzeczywiście, w przeciwieństwie do gotowych, wyraźnych wzorów obok, jego krzywa plama wyglądała, jakby opowiadała historię w połowie zdania.
– Ale to nie jest tak dopracowane, jak reszta – powiedział niepewnie.
– A musi być? – zapytał Pędzelek łagodnie. – Twój ślad nie musi wyglądać jak mój, ani jak Szyny, ani jak Rocky'ego. Musi wyglądać jak twój. A od jednego, małego znaku zawsze można zacząć coś dalej.
Kółek przez chwilę milczał, patrząc to na swój niedoskonały ślad, to na resztę kolorowego płótna wokół.
– Mogę... spróbować dodać coś więcej? – zapytał w końcu, cichym, ale trochę pewniejszym głosem.
– Śmiało – odpowiedział Pędzelek, odsuwając się, żeby zrobić miejsce.
Kółek najechał ostrożnie w farbę raz jeszcze, tym razem świadomie, i zaczął powoli jeździć wokół swojego pierwszego śladu – małymi kółkami, delikatnymi liniami, aż na płótnie pojawił się cały wzór zapętlonych, okrągłych torów, zupełnie inny niż proste rzędy Szyny czy mocny odcisk Rocky'ego. Wyglądał trochę jak plątanina wesołych, splecionych ze sobą kółek.
– To jest właśnie twoje – powiedział Pędzelek, patrząc z uśmiechem.
Kółek spojrzał na swoje dzieło i po raz pierwszy tego dnia poczuł, że nie musi porównywać go z niczym innym.
Kiedy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, Wspólne Płótno było już całe zapełnione – równymi rzędami Szyny, mocnymi śladami Rocky'ego, kolorowymi zawijasami Pędzelka i wieloma innymi znakami, jakich nikt wcześniej nie widział w Dolinie. Pośrodku, blisko krawędzi, wciąż widoczna była mała plątanina kółek Kółka.
Szyna podjechała, żeby obejrzeć całość razem z nim.
– Wiesz co – powiedziała cicho, patrząc na całe płótno naraz. – Gdyby każdy z nas zostawił dokładnie taki sam ślad, to płótno byłoby dużo mniej ciekawe.
Kółek przyjrzał się raz jeszcze rzędom, plamom, zawijasom i pętelkom rozrzuconym po całej powierzchni – każdemu innemu, żadnemu nieprzypadkowemu, mimo że niejeden zaczął się tak jak jego, od jednego, niedoskonałego dotknięcia farby.
I pomyślał, że może właśnie o to chodziło od samego początku – nie o to, żeby zostawić najlepszy ślad, tylko żeby w ogóle zacząć go zostawiać.
