Wczesnym rankiem plac przed szkołą pachniał wilgotną trawą i świeżą farbą - ktoś dopiero wczoraj domalował ostatnią literę na nowym szyldzie. Rosa lśniła na trawniku, a w powietrzu unosił się zapach kredek zza uchylonych okien. To miał być spokojny, uroczysty poranek. Pierwszy dzień nowego roku szkolnego w Radosnej Dolinie!
Gdzieś w oddali skrzypnęła furtka, a na ławce przy wejściu ktoś zostawił stos świeżo poskładanych, kolorowych zeszytów, czekających na swoich właścicieli. Kółek i Szyna przyjechali z dostawą kolorowych balonów, gwiżdżąc coś wesołego pod nosem, ale gdy skręcili za róg placu, oboje zwolnili.
Wielki łuk z napisem „Witamy!" i girlandą balonów, który miał stanąć nad wejściem – leżał na trawie, powyginany i przekrzywiony. Nocny wiatr zerwał go z mocowań.
– O nie – powiedziała Szyna cicho.
Zza rogu wybiegła Pani Ania, nauczycielka, z notatnikiem przyciśniętym do brzucha.
– Dzieci zaczną się schodzić za mniej niż godzinę! – zawołała. – Wezwałam już Żurawka, powinien tu być lada chwila!
Po chwili na plac wjechał niewielki, żółto-szary dźwig, trochę zdyszany, jakby jechał szybciej niż zwykle. Zatrzymał się przy powalonej bramie i przez dłuższą chwilę wpatrywał się w nią w milczeniu, zanim w ogóle wysunął ramię.
– To moja pierwsza duża praca w Dolinie – powiedział cicho, bardziej do siebie niż do innych. – Dotąd naprawiałem tylko rynny i płoty, których nikt nie oglądał.
Sprawdził hak. Potem sprawdził go jeszcze raz. I jeszcze raz. I kolejny.
– Żurawku, damy radę! – zawołał Kółek, próbując rozładować atmosferę. – A jakbyś się zmęczył, to mam w schowku tacę ciasteczek dla dzieci, można przetestować siłę twojego ramienia!
Żurawek uśmiechnął się blado, ale zaraz spoważniał.
– Chyba wolałbym na razie przetestować, czy w ogóle utrzymam ten łuk prosto.
Szyna podjechała bliżej, spokojnym tonem oceniając sytuację. – Dobrze. Ja policzę kąt i obciążenie po tej stronie. Kółek przytrzyma dolną część, żeby się nie odsunęła, kiedy zaczniesz podnosić. Ty rób tylko swoją część – powoli, na moją komendę.
Żurawek kiwnął głową, choć jego ramię lekko drżało, gdy powoli zaczynał unosić konstrukcję.
Przy płocie na skraju placu stał mały, kolorowy rowerek z rodzicem. To był jego pierwszy dzień w szkole dla młodych pojazdów. Trzymał się blisko taty, czujnie obserwując przygotowania.
Łuk uniósł się o kilka centymetrów, potem o kolejne. Balony na jego szczycie kołysały się delikatnie.
– Wolniej – poprosiła Szyna. – Świetnie ci idzie.
I wtedy nadszedł podmuch wiatru.
Nie był silny, ale wystarczył, żeby łuk przechylił się w bok, a Żurawek – zaskoczony – gwałtownie zatrzymał ramię w połowie ruchu. Balony zakołysały się niebezpiecznie, a jedna z lin się naprężyła.
– Nie mogę... – powiedział cicho Żurawek, jego głos drżał bardziej niż ramię. – Jeśli to upuszczę teraz, przy wszystkich...
Kółek przytrzymał dolną część konstrukcji nieco mocniej, a Szyna spokojnie powtórzyła: – Oddychaj. Trzymaj tylko ten kąt, w którym teraz jesteś. Nic więcej.
Na placu zaczynały się już pojawiać pierwsze pojazdy – rodzice odprowadzający swoje dzieci na pierwszy dzień szkoły. Mały rowerek przy płocie patrzył na drżące ramię Żurawka, na przechyloną bramę, na balony kołyszące się w powietrzu.
– Ja też się boję – powiedział cicho, tak, że tylko Żurawek to usłyszał, gdy dźwig na chwilę spojrzał w jego stronę. – Że wjadę nie tam, gdzie trzeba. Że wszyscy będą patrzeć.
Żurawek przez sekundę milczał, wciąż trzymając napięte ramię.
– Ja też się boję – odpowiedział w końcu. – Ale chyba... chyba trzeba spróbować mimo to.
Coś w jego głosie się zmieniło – nie zniknął strach, ale ustąpił miejsca czemuś twardszemu, bardziej zdecydowanemu.
– Szyno, mów co dalej – powiedział. – Jestem gotowy.
– Powoli w prawo, o mały kawałek – poprowadziła Szyna. – Teraz w górę. Kółek, trzymaj mocno.
Żurawek wykonywał każdy ruch dokładnie tak, jak mówiła Szyna. Łuk wyrównał się, uniósł jeszcze odrobinę, aż w końcu osiadł dokładnie na swoich podporach nad wejściem do szkoły.
Balony zakołysały się już spokojnie. Napis „Witamy!" zawisł nad placem – odrobinę przekrzywiony po lewej stronie, ale wyraźnie widoczny.
Dokładnie w tej chwili pierwsze dzieci, prowadzone przez rodziców, zaczęły przejeżdżać pod bramą do szkoły. Wśród nich mały rowerek, wciąż trochę spięty, ale już z uniesioną głową, przejechał pod balonami prosto do środka.
Pani Ania podeszła do Żurawka, z wielkim uśmiechem na twarzy.
– Udało się – powiedziała ciepło. – Dzieci nawet nie zauważyły, że napis jest odrobinę krzywy. Zauważyły tylko, że brama tam stała, kiedy jej potrzebowały.
Żurawek spojrzał w górę, na swoją pracę. – Mógłbym poprawić ten kąt, gdybyśmy mieli więcej czasu...
– Może innym razem – powiedziała Szyna. – Dziś liczyło się to, że stanęła na czas.
Kółek podjechał bliżej. – Wiesz co, następnym razem od razu róbmy to we trójkę. Ty podnosisz, Szyna liczy, ja trzymam. Bez żadnych samotnych prób.
Żurawek uśmiechnął się, tym razem szerzej. – Umowa stoi.
– I jeszcze jedno – dodała Szyna. – Zanim zaczniesz następną dużą pracę, powiedz nam wcześniej, a nie dopiero wtedy, kiedy już drży ci ramię. Nie musisz się z tym mierzyć w pojedynkę, zanim ktoś w ogóle się dowie, że się boisz.
Żurawek pokiwał głową, jakby ta jedna uwaga ważyła więcej niż cała poranna praca.
Na placu robiło się coraz głośniej – dzieci witały się ze szkołą, rodzice żegnali się przy wejściu, a nad wszystkim, lekko przekrzywiona, ale niezachwiana, trwała brama powitalna.
Przy furtce mały rowerek obejrzał się jeszcze raz w stronę Żurawka. Nie powiedział nic więcej – tylko krótkie spojrzenie, jakby oboje wiedzieli, że ten sam poranek był dla nich obu tym samym, pierwszym krokiem, choć każde z nich zrobiło go inaczej.
