Wieczorem wybrzeże Radosnej Doliny pachniało solą i mokrym drewnem. Fale uderzały o kamienie w miarowym, uspokajającym rytmie, a gdzieś wysoko, na szczycie białej wieży, latarnia morska otwierała i zamykała swoje wielkie oko – błysk, ciemność, błysk, ciemność – jak powolny oddech całej zatoki.
Kółek i Szyna jechali właśnie brzegiem, wioząc skrzynkę nowych sieci dla rybaków, gdy zauważyli znajomą sylwetkę latarnika machającego do nich z pomostu.
– Kółek! Szyna! Dawno was tu nie było! – zawołał, poprawiając kołnierz swojej marynarskiej kurtki.
– Cześć! – odpowiedział Kółek, a jego reflektory błysnęły radością. – Ostatnio szukaliśmy tu zaginionego dzwonu, pamiętacie? Dziś tylko dostawa, obiecuję, żadnych zagadek!
Szyna zatrzymała się obok niego, spokojnie rozglądając się po zatoce. Tuż przy wejściu do portu, na małej drewnianej podpórce, stało coś nowego – niewielkie, okrągłe urządzenie z solarnym panelem na czubku, które co chwilę zapalało i gasiło swoje maleńkie światełko, jakby sprawdzało samo siebie.
– To Migotek – wyjaśnił latarnik. – Nowa boja świetlna. Zainstalowaliśmy go miesiąc temu, na wszelki wypadek.
– Cześć, Migotku! – zawołała Szyna.
Migotek zamrugał niepewnie, jakby zaskoczony, że ktoś w ogóle go zauważył.
– Ja... cześć – powiedział cicho. – Sprawdzam tylko, czy dobrze świecę. Na wszelki wypadek, gdyby ktoś kiedyś, może, potrzebował zapasowego światła. Chociaż pewnie nigdy nie będzie potrzebował.
Zanim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć, mgła zaczęła spływać znad wody gęstymi, białymi wstęgami, a wielkie oko latarni – zamiast swojego równego rytmu – zamigotało nierówno, jakby się zacinało.
– O nie – mruknął latarnik, spoglądając w górę wieży z niepokojem. – Znowu te stare zębatki. Wilgoć musiała się dostać do mechanizmu.
W tej samej chwili z mgły dobiegł dźwięk syreny statku.
– To kuter rybacki Bartka – powiedział latarnik. – Wraca z połowu, prosto w tę mgłę. Musi widzieć wyraźny sygnał, żeby bezpiecznie wpłynąć do zatoki.
Szyna od razu spoważniała. – Ile czasu zajmie naprawa?
– Przynajmniej kwadrans, może więcej. Zębatki trzeba rozkręcić i osuszyć.
Wszyscy spojrzeli na Migotka.
– Migotku – powiedział łagodnie latarnik. – Musisz teraz poprowadzić Bartka. Sam.
Światełko Migotka zamigotało gwałtownie, jakby się wzdrygnęło.
– Ja? Ale ja jestem tylko... tylko zapasowy! Ja nie jestem prawdziwą latarnią! Co jeśli źle policzę rytm i statek mnie źle zrozumie? Co jeśli zgasnę w najgorszym momencie?
– Spokojnie, dasz radę! – zawołał Kółek, próbując rozładować napięcie. – Zresztą, jak coś, to ja mam w schowku czekoladki, można się nimi pokrzepić przed każdą trudną misją!
Migotek nawet nie zamrugał w odpowiedzi na żart. Wpatrywał się tylko w swoje własne, drżące światełko.
Szyna delikatnie podjechała bliżej. – Może faktycznie nie pora teraz na czekoladki – powiedziała cicho do Kółka, po czym zwróciła się do Migotka innym, spokojniejszym tonem. – Pokaż mi, co właściwie potrafisz. Nie co powinieneś, tylko co naprawdę umiesz zrobić najlepiej.
Migotek zawahał się. – Umiem... umiem migać krótko i szybko. Jak... jak "tu jestem, uważaj".
– To spróbuj – powiedziała Szyna.
Migotek zamrugał raz, drugi – ale zaraz się speszył, zwolnił, przyspieszył, jakby sam siebie ciąglę poprawiał, aż w końcu zupełnie stracił rytm.
– Widzicie? Psuję to. Może lepiej w ogóle zgasnę, żeby nikogo nie zmylić.
– Nie! – powiedział stanowczo Kółek, tym razem bez żartu w głosie. – Zgaszony na pewno nikomu nie pomożesz.
Latarnik, pracujący nad mechanizmem kilka metrów dalej, zawołał przez ramię: – Migotku, nie musisz robić tego, co ja robię przez pięćdziesiąt lat. Rób to, co potrafisz robić od miesiąca. To wystarczy.
Szyna kiwnęła głową. – My z Kółkiem pomożemy latarnikowi przy zębatkach. Ty pilnuj tylko swojego światła. Nie całej zatoki. Tylko tego jednego, małego kawałka, który jest twój.
Migotek przez chwilę milczał, wpatrzony w mgłę, z której coraz wyraźniej dobiegał odgłos silnika kutra.
– Dobrze – powiedział w końcu, cichym, ale trochę pewniejszym głosem. – Spróbuję. Krótko i szybko. Tylko to.
Kółek i Szyna podjechali do latarnika, podając mu narzędzia i przytrzymując osłonę mechanizmu, żeby nie kapała na niego woda. Zębatki były oblepione wilgotnym pyłem – Szyna cierpliwie instruowała, gdzie przetrzeć, gdzie podważyć, podczas gdy Kółek trzymał latarkę.
A przy wejściu do portu Migotek zaczął migać – krótko, szybko, równo. Raz. Drugi. Trzeci. Jego małe światełko przebijało się przez mgłę drobnymi, uparcie powtarzającymi się błyskami.
Z mgły wyłonił się dziób kutra. Silnik zwolnił, statek skręcił delikatnie w stronę światełka Migotka i powoli, ostrożnie wpłynął do zatoki, mijając ostatnie skały.
W tym samym momencie zębatki w wieży zaskoczyły z cichym, metalicznym kliknięciem, a wielkie oko latarni znów zaczęło świecić swoim dawnym, równym rytmem.
Przez chwilę oba światła – wielkie i małe – migały razem nad zatoką.
Latarnik zszedł z wieży, wycierając ręce w chustkę, i podszedł do Migotka.
– Widziałeś? – powiedział cicho. – Bartek wrócił bezpiecznie. Dzięki tobie!
– Ale ja tylko migałem – odpowiedział Migotek, wciąż trochę niedowierzając.
– Właśnie tak. Nie musiałeś być mną. Musiałeś być sobą, w tym jednym momencie, kiedy było to potrzebne.
Kółek podjechał bliżej, tym razem z uśmiechem, który nie musiał niczego rozładowywać. – Wiesz co, chyba jednak zjem tę czekoladkę. Na cześć nowego latarnika zatoki!
Migotek zamigotał – tym razem lekko, prawie wesoło.
– Ja nie jestem latarnikiem – powiedział.
– Nie – zgodziła się Szyna. – Ale jesteś czymś, czego ta latarnia wcześniej nie miała. Drugim światłem.
Latarnik zaproponował, że od tej pory Migotek dostanie stałe miejsce na jego mapie zatoki – nie jako rezerwa "na wszelki wypadek", ale jako regularny, drugi punkt orientacyjny dla każdego statku wracającego we mgle, a to oznaczało jeszcze więcej pracy!
Kiedy Kółek i Szyna ruszali z powrotem do Zajezdni, mgła zaczęła się już rozstępować, a za nimi, nad cichnącą zatoką, wciąż migały dwa światła – jedno wielkie i powolne, drugie małe i szybkie – każde inne, i każde tak samo potrzebne morzu.
