W Radosnej Dolinie nocą przeszła taka ulewa, że krople bębniły o dachy jak tysiąc małych młotków. Rano słońce wyszło nieśmiało zza chmur, a całe miasteczko parowało jak kubek gorącej herbaty.
Kółek wyjechał z Zajezdni Przygód i od razu wpadł w ogromną kałużę.
– CHLUP! – woda strzeliła mu aż na maskę.
Szyna, jadąca po torach obok, zaśmiała się cicho.
– Kółku, ty się myjesz czy podlewasz drogę?
– Jedno i drugie! – odparł Kółek, otrząsając się. – W sumie… wyglądam teraz świeżo jak wiosenny ogórek!
– Tylko nie zaczynaj o targu warzywnym – mruknęła Szyna.
Ruszyli w stronę rynku, ale po chwili Kółek zwolnił.
– Szyno… a ten znak zawsze był taki… zielony?
Na znaku ograniczenia prędkości oplatało się pnącze. Nie takie zwykłe, cienkie. Było grube, sprężyste i miało listki błyszczące jakby były wypolerowane.
– Dziwne – powiedziała Szyna. – Wczoraj tego nie było.
– Może rośliny też lubią deszcz? – zażartował Kółek i próbował odsunąć pnącze zderzakiem.
Pnącze… odsunęło się tylko trochę. Po czym sprężyście wróciło i lekko klepnęło Kółka po lampie.
– Ej! Ono mnie szturchnęło! – oburzył się Kółek. – To było niemiłe!
Pojechali dalej i zobaczyli kolejne: latarnia owinięta zielonym warkoczem, płotek w parku przykryty liśćmi, a na poboczu trawa tak wysoka, że wyglądała jak szalona fryzura.
Na torach, tuż przy zakręcie, coś zielonego wystawało spomiędzy podkładów.
Szyna zatrzymała się z piskiem hamulców.
– O nie… rośliny na torach. To może być niebezpieczne. Jeśli wejdą pod koła, pociągi mogą wypaść z trasy.
Kółek przejechał obok ostrożnie.
– To jest zielony dywan. Tylko że z jakiegoś powodu rośnie!
I faktycznie – gdy stali i patrzyli, pnącze powoli przesuwało się dalej, jakby szukało nowego miejsca do wspinaczki.
– To już nie jest zwykła wiosna – powiedziała Szyna. – To wygląda jak… inwazja.
Na placu w Zajezdni Przygód zebrało się kilka pojazdów. Tara zmartwiona oglądała pnącze na swoim lusterku.
– Wjechałam w to rano, a teraz mam liść w wycieraczce. I on… nie chce wyjść – narzekała.
Wtedy od strony ogrodów przyjechała nowa postać. Była to koparka w kolorze oliwkowym z delikatnym kwiatowym wzorem na boku. Z tyłu miała zbiornik na wodę, zwinięty wąż i małe grabki przypięte do ramienia.
– Dzień dobry – powiedziała spokojnie. – Jestem Figa. Ogrodnicza koparka. Słyszałam, że macie tu zielony problem.
Kółek spojrzał na jej wąż.
– Ty masz… podlewacz? To nie pogorszy sprawy?
Figa uśmiechnęła się cierpliwie.
– Najpierw poznaj roślinę, potem ją przycinaj. A podlewanie też trzeba robić mądrze. Zobaczmy, co to za pnącze.
Podjechali na ulicę, gdzie rośliny oplatały ławkę. Figa przyjrzała się listkom, dotknęła ziemi łyżką koparki i powąchała wilgotną glebę.
– To nie zachowuje się naturalnie – stwierdziła. – Te rośliny mają w sobie coś dziwnego. Coś im pomaga rosnąć zbyt szybko.
– Czyli… ktoś im podał sok z rakiety? – spytał Kółek.
– Raczej nawóz – odparła Szyna.
Wszyscy zabrali się do pracy. Kółek próbował ciągnąć pnącze z drogi, Tara spychała je na bok, Szyna oczyszczała tory, a Figa przycinała gałązki.
– HOP! – Kółek szarpnął mocno.
Pnącze poszło… a potem szarpnęło z powrotem.
– To jest przeciąganie liny z sałatą! – jęknął Kółek. – I przegrywam!
Figa przycięła grube łodygi, a rośliny opadły. Wszyscy odetchnęli.
– Udało się! – ucieszyła się Tara.
Ale po kilku minutach usłyszeli ciche szszsz… i zobaczyli, że z ziemi wychodzą nowe pędy.
– Ojej… – szepnęła Tara. – One wracają!
Figa zmarszczyła brwi.
– Przycinanie nie wystarczy. Musimy znaleźć przyczynę. Coś wzmacnia glebę. Woda w rowie też ma dziwny zapach.
Szyna spojrzała w stronę pól za miastem.
– W takim razie mamy plan. Musimy wytropić źródło.
Szyna poprowadziła ich w stronę starego magazynu przy ogrodach miejskich. Po drodze zauważyli, że rośliny rosną szczególnie mocno przy jednym rowie, który spływał z góry.
– Tam jest najwięcej pnączy – zauważył Kółek. – Jakby ktoś je nakarmił bardzo dużym śniadaniem.
W magazynie znaleźli rozsypany worek z napisem: „SUPER-NAWÓZ – WZROST NATYCHMIASTOWY!”. Etykieta była krzywo przyklejona, a na dole widniał mały napis: „bez zezwolenia”.
– To wygląda podejrzanie – powiedziała Szyna.
Zza skrzynek wysunął się nieśmiały mały wózek ogrodowy, który pomagał przy miejskich rabatach.
– Ja… ja chciałem tylko, żeby trawa na piknik była ładna – przyznał cicho. – Ktoś zostawił ten worek. Myślałem, że to zwykły nawóz… sypnąłem trochę przed deszczem.
Kółek już zaczął się denerwować, ale Figa uniosła łyżkę.
– Każdy może popełnić błąd. Ważne, by go naprawić. Ten nawóz jest nielegalny i za silny. Zrobił nierównowagę w naturze.
Szyna dodała łagodnie:
– Teraz razem to zatrzymamy. Ale zapamiętaj proszę, że w przyrodzie więcej nie znaczy lepiej.
Wózek skinął smutną głową.
– Pomogę.
Figa rozłożyła plan w trzech krokach.
– Po pierwsze: zabezpieczamy teren, żeby nawóz nie spłynął do strumyka. Po drugie: usuwamy nadmiar roślin, ale ostrożnie. Po trzecie: sadzimy lokalne gatunki, żeby przywrócić równowagę.
– Ja umiem zabezpieczać! – zawołał Kółek. – Widziałem to, kiedy miasto zalała czekolada!
Ustawili worki z piaskiem i małe zapory z ziemi wzdłuż rowu. Rocky dołączył na chwilę i pomógł usypać wał.
– Tylko nie zasypcie żabiej ścieżki – przypomniała Figa. – Żaby też mają swoje drogi.
Następnie zabrali się za pnącza. Figa przycinała je selektywnie – zostawiała te zwykłe, a usuwała tylko te, które zachowywały się nienaturalnie. Zebrane rośliny trafiały do kontrolowanego kompostu w zamkniętym miejscu.
– Kompost jest dobry – wyjaśniła Figa dzieciom, które przyszły popatrzeć – ale nie możemy rozsiewać nasion tej rośliny dalej.
Na koniec nadszedł najprzyjemniejszy etap.
– Sadzenie! – ucieszyła się Tara.
Kółek rozwoził sadzonki: łąkowe kwiaty, pachnące krzewy, trawy przyjazne owadom. Szyna układała harmonogram: gdzie co rośnie, by nie zasłaniało torów i przejść.
Figa podlewała delikatnie, tylko tyle, ile trzeba.
– Woda jest jak jedzenie dla roślin – powiedziała z uśmiechem. – Ważne, aby jeść, ale nie możemy się przejadać.
Po dwóch dniach Dolina wyglądała inaczej. Wciąż była bardzo zielona, ale dzikie pnącza zniknęły z torów, latarnie znów świeciły, a przy drodze kwitły kolorowe kwiaty. Strumień był czysty, a w parku pojawiły się motyle.
Kółek stanął na rynku i rozejrzał się dumnie, kiedy wózek ogrodowy podjechał nieśmiało.
– Przepraszam jeszcze raz. Już wiem, że nie wolno używać nieznanych rzeczy. I że warto zapytać.
Figa uśmiechnęła się ciepło.
– Właśnie. Natura to nie wyścig na to kto szybciej urośnie. To równowaga. A równowagę buduje się wspólnie.
Kółek spojrzał na Figę.
– Figo, dobrze że przyjechałaś. Ja bym pewnie próbował wygrać z pnączem na przeciąganie liny. I pewnie przegrałbym!
Wszyscy się roześmiali, a wiatr poruszył liśćmi tak delikatnie, jakby też się cieszył z zakończenia tej historii
Komentarze: 0