Niedźwiedź Bruno i deszczowa orkiestra

Niedźwiedź Bruno i deszczowa orkiestra

W lesie od rana pachniało mokrą korą i liśćmi. Krople deszczu spadały cicho z gałęzi, robiąc na kałużach małe kółeczka. Mimo tego na polanie pod wielkim dębem panował ruch, jakby słońce świeciło najmocniej na świecie.

Niedźwiedź Bruno przyniósł gładki pień, który miał udawać scenę. Jeleń Julian wyrównał go kopytami, a Wiewiórka Weronika ułożyła wokół szyszki jak dekorację.

– Dziś pierwsza próba! – zawołała Weronika. – Leśny koncert będzie najlepszy!

– Ja będę robił: bum-bum! – oznajmił Zając Zdzisław, uderzając patykiem o pień. – Posłuchajcie: bum! bum! BUM!

– A ja mam grzechotki! – pisnęła Weronika i potrząsnęła dwoma łupinami orzechów, w których były drobne kamyczki.

Sroka Sabina przyniosła długą, błyszczącą trawkę i kręciła nią w dzióbku jak batutą.

– Koncert musi wyglądać pięknie – oznajmiła. – Nawet jeśli pada.

Lis Karol stał z boku, ale w końcu nie wytrzymał. Wskoczył na pień i podniósł łapę jak dyrygent.

– Uwaga, orkiestra! Ja poprowadzę! – powiedział z powagą. – Raz, dwa, trzy…

I wtedy deszcz, który do tej pory kropił spokojnie, jakby postanowił się rozkręcić. Z chmur spadła gruba zasłona wody. Liście zaszumiały, a z gałęzi zaczęło kapać jak z setek małych kranów.

– O nie! – zapiszczał Zdzisław, bo patyk wyślizgnął mu się z łapek i poleciał prosto w kałużę.

– Moje orzechy! – Weronika przycisnęła grzechotki do brzucha. – Zaraz mi nasiąkną!

Julian spojrzał w niebo.

– To nie jest mały deszczyk – powiedział spokojnie. – To porządny deszcz.

Zwierzęta rozbiegły się pod drzewa. Karol zeskoczył z pnia i otrzepał futro.

– No pięknie… – mruknął. – Koncert w kałużach.

Bruno stał chwilę w milczeniu, słuchając, jak krople stukają o liście. Potem uśmiechnął się, jakby już wiedział, że ten dzień wcale nie poszedł na marne.

Następnego dnia padało. I kolejnego też. Polana była mokra, scena z pnia śliska, a szyszki, które miały być dekoracjami - pływały w kałuży jak mała tratwa.

Zwierzęta spotkały się pod dębem, ale nie było już tak wesoło.

– Nie da się ćwiczyć – jęknął Zdzisław. – Skaczę i chlup! Wpadam! Uderzam patykiem i chlup! Patyk ucieka!

Sabina potrząsnęła skrzydłami z niezadowoleniem.

– Pióra mi klapną – powiedziała. – Ja lubię błyszczeć, a nie… kapać.

Weronika zacisnęła łapki.

– Ja już nie wiem, czy koncert ma sens – mruknęła. – Ciągle tylko deszcz i deszcz.

Karol westchnął teatralnie.

– Deszcz pewnie jest zazdrosny, że chcemy grać bez niego – powiedział.

– Karolu, nie wygłupiaj się – burknął Zdzisław. – To nie czas na żarty!

– O, proszę! – Karol zmrużył oczy. – Jak się nie uda, to będzie „wina Karola”, tak?

Julian wtrącił łagodnie:

– Nie szukajmy winy. Szukajmy sposobu.

– Sposobu?! – Zdzisław prawie podskoczył. – Na deszcz?!

Bruno spojrzał po nich wszystkich. Zobaczył mokre miny, zaciśnięte łapki, skrzydła przyklejone do boków i uszy opadające jak zwiędłe liście.

– Przyjaciele – powiedział spokojnie. – Może my robimy jedną rzecz źle.

Zwierzęta zamilkły. Nawet deszcz jakby na chwilę ściszył się o malutki kawałek.

– Co źle? – spytała Weronika.

Bruno uniósł łapę i wskazał na korony drzew.

– Udajemy, że deszczu nie ma. A on jest. I będzie. Więc… a może nie musimy z nim walczyć?

– To co mamy zrobić? – Sabina zmarszczyła dziób.

Bruno przymrużył oczy i wyszeptał:

– Posłuchać go.

– Posłuchać… deszczu? – powtórzył Karol i aż przestał się krzywić.

Bruno poprowadził ich pod największy dąb. Tam deszcz nie spadał prosto na głowy, tylko z liści, w różnym tempie: kap… kap-kap… plum… i szszsz…

– Słyszycie? – zapytał. – Każda kropla ma swoje miejsce. Jedna się spieszy, druga czeka. A razem… to jest rytm.

Wszyscy zamilkli. Zdzisław pierwszy przestał wiercić się i nastawił uszy.

– To brzmi jak… bębenek – szepnął.

– A tam… jak dzwoneczki – dodała Weronika, słuchając kropli spadających do dziupli.

Jeleń Julian uśmiechnął się.

– Deszcz gra – powiedział.

Karol spojrzał na Brunona z czymś nowym w oczach.

– To… sprytne – mruknął. – Nie, nie. To… mądre.

Jeszcze tego samego popołudnia Jeżyk Jacek przyszedł na polanę z ważną miną. Niósł na grzbiecie małą kupkę patyków, łupin i pociętej kory.

– Słyszałem, że chcecie słuchać deszczu – powiedział. – A ja mówię: dobrze. Tylko trzeba mu pomóc brzmieć.

– Jak? – spytał Zdzisław.

Jacek pokazał łupinę orzecha.

– To będzie dzwonek. Jeśli zawiesimy ją na sznurku z trawy, krople będą w nią stukać. I będzie: tik-tik.

Weronika aż podskoczyła.

– Ja mogę zebrać łupiny! Najlepsze! I suche! – zawołała.

Julian wziął kilka mocnych gałęzi.

– Zrobię stelaż, żeby nic się nie przewróciło – powiedział.

Sabina rozglądała się uważnie.

– Ja wybiorę najładniejsze elementy. Dźwięk też musi być elegancki – oznajmiła.

Karol przeciągnął się i stanął obok Bruna.

– Ja… mogę dyrygować. Ale… tym razem będę też słuchał – dodał szybko, jakby nie chciał, żeby ktoś się śmiał.

Bruno uśmiechnął się szeroko.

– To zaczynajmy.

Budowali długie godziny. Z kory zrobili bębenek nad wydrążonym pniem. Z szyszek i żołędzi – grzechotki. Z listków – małe daszki, po których woda spływała do miseczek z mchu, robiąc różne chlupnięcia. Jacek pokazał, jak ułożyć kamyki w rządku, żeby deszcz stukał jak po klawiszach.

– Posłuchaj! – Weronika potrząsnęła grzechotką. – A jeśli deszcz dołoży swoje „kap”, to będzie super!

Zdzisław próbował utrzymać rytm.

– Raz, dwa, trzy… – mówił, ale często przyspieszał. – Raz dwa trzy cztery pięć!

– Zdzisław! – zaśmiała się Sabina. – Deszcz nie biegnie jak zając!

– Ja tylko… ćwiczę szybkość – mruknął zawstydzony.

Wreszcie ustawili wszystko na polanie pod drzewami. To wyglądało jak mała muzyczna wioska.

– Próba generalna! – ogłosił Karol i uniósł łapę.

Zaczęli. Najpierw delikatnie, jeden instrument, potem drugi. Deszcz akurat przyspieszył i nagle zrobiło się… za dużo.

Plum! Kap-kap-kap! Dud-dud! Chlupchlupchlup!

Zdzisław przestraszył się hałasu i podskoczył tak, że potrącił stelaż. Jedna łupina spadła, druga zawisła krzywo.

– A nie mówiłem! – krzyknął. – Nie da się!

Weronika zrobiła się blada.

– Ojej…

Sabina zasłoniła dzióbek skrzydłem.

– To brzmi jak… wielkie chlapanie.

Karol opuścił łapę i przez chwilę wyglądał, jakby chciał powiedzieć coś złośliwego, ale zamiast tego zrobił głęboki wdech.

Bruno podszedł spokojnie.

– Stop – powiedział miękko. – Posłuchajmy jeszcze raz. Deszcz dzisiaj jest głośny. To znaczy, że my musimy zagrać ciszej.

– Ciszej? – mruknął Zdzisław.

– Tak – powiedział Karol niespodziewanie. – Najpierw posłuchajmy. Potem zagramy. Jak nie słuchamy, to wszystko się miesza.

Zwierzęta uspokoiły się. Karol poprowadził próbę inaczej: zaczęli od jednego „tik-tik”, potem doszedł „kap-kap” z liści, potem delikatne „dud” z bębenka.

I nagle… wszystko się ułożyło. Deszcz nie przeszkadzał tylko był częścią muzyki.

Zdzisław uśmiechnął się szeroko.

– O! To jest… to jest fajne!

Weronika zakręciła się w kółko.

– Gramy z deszczem! Z deszczem!

Nadszedł dzień koncertu. I… nadal padało.

Tylko że tym razem nikt nie narzekał.

Zwierzęta z lasu przyszły pod dąb. Jedne stały pod gałęziami, inne pod liśćmi łopianu jak pod parasolami. Wszyscy szeptali z ciekawością.

– Co oni wymyślili? – pytał ktoś.

– Podobno deszcz ma grać – mówił ktoś inny.

Bruno stanął obok Karola.

– Gotowy, dyrygencie? – zapytał.

Karol uniósł łapę.

– Gotowy. Ale… pamiętajcie. Słuchamy deszczu. On zaczyna.

I deszcz zaczął: kap… kap-kap… plum.

Potem dołączyły łupiny: tik-tik-tik. Potem bębenek: dud… dud… a na końcu grzechotki Weroniki: szu-szu-szu.

Muzyka płynęła, wesoła i spokojna, jak strumień po burzy. Zwierzęta kiwały głowami, tupiąc w rytm nie po to, by było głośniej, ale by było razem.

Gdy koncert się skończył, przez chwilę nikt się nie odzywał. Potem rozległy się brawa – klaskanie łapkami, stukanie kopytami, nawet merdanie ogonkami.

– To było piękne! – zawołał Julian.

Bruno pokręcił głową i uśmiechnął się do wszystkich.

I wiecie co? – powiedział, patrząc na mokrą polanę. – Nie zawsze da się zmienić pogodę. Ale można zmienić to, co z nią zrobimy.

Zwierzęta roześmiały się ciepło.

A deszcz, jakby zadowolony, zakapał łagodniej: kap… kap… kap… jak bis na koniec

Komentarze: 0

Wprowadź komentarz

Pamiętaj, że komentarze muszą zostać zatwierdzone przed opublikowaniem.

A może czas na większe przygody?

Kosmiczne Dzieciaki – Galaktyczna Intryga

Kosmiczne Dzieciaki – Galaktyczna Intryga

Kosmiczne Dzieciaki – Galaktyczna Intryga

15,00 zł PLN
Księżniczka Aleksandra

Księżniczka Aleksandra

Księżniczka Aleksandra

15,00 zł PLN
Świąteczna misja Szymańskich

Świąteczna misja Szymańskich

Świąteczna misja Szymańskich

15,00 zł PLN
Niedźwiedź Bruno - Legenda pióra

Niedźwiedź Bruno - Legenda pióra

Niedźwiedź Bruno - Legenda pióra

15,00 zł PLN

Autor bajki

Adam Brykowicz

Jestem autorem bajek dla dzieci i twórcą Mikolito — miejsca, w którym opowieści mają być jednocześnie bezpieczne, mądre i pełne przygody oraz wyobraźni. Od lat piszę historie przeznaczone do wspólnego czytania, inspirowane tematami, które przyciągają dziecięcą uwagę i rozbudzają wyobraźnię.

Strona o autorze