Tego ranka dolina pachniała inaczej niż zwykle – słodko, jak placki z jagodami, które ktoś piekł od samego świtu przy Wielkiej Skale. Wszędzie kołysały się girlandy z kolorowych liści, a od strony ścieżki dochodził gwar podekscytowanych głosów – to najmłodsze maluchy z całej doliny szły, trzymane za łapki przez rodziców, na swój wielki dzień. Dzień Przedszkolaka!
Czwórka przyjaciół kończyła ostatnie przygotowania toru przeszkód. To oni mieli go dziś poprowadzić.
Taro mierzył patyczkiem odległość między kamieniami do przeskakiwania, marszcząc czoło, gdy coś mu nie pasowało o pół kroku.
– Musi być równo – mruknął. – Inaczej mniejsze łapki nie dadzą rady.
Kika już teraz tłumaczyła zasady grupce maluchów, które jeszcze nawet nie ustawiły się w kolejce.
– Więc najpierw skaczecie po kamieniach, a potem jest rzeka z liści, a rzeka to tak naprawdę nie jest prawdziwa rzeka, tylko liście, ale trzeba uważać, żeby nie wpaść, bo niby nic się nie stanie, ale i tak lepiej nie wpadać, i…
– Kika – powiedział Dono spokojnie, nie odwracając się. – One jeszcze nie wiedzą, jak masz na imię.
Rexi, żeby pokazać, jak to się robi, wziął rozbieg i z hukiem przeskoczył pierwszą przeszkodę, ku zachwytowi kilku maluchów.
– Widzicie? Nic trudnego! – zawołał, otrzepując łapy.
Dono tymczasem stał przy ostatniej przeszkodzie – ciemnym tunelu utworzonym ze splecionych korzeni starego drzewa – i w milczeniu sprawdzał, czy korzenie dobrze się trzymają. Wsunął głowę do środka, popatrzył w ciemność, po czym wycofał się i usiadł obok wejścia, jakby czekał na coś, co miało dopiero nadejść.
Pani Stego klasnęła w łapy, prosząc o ciszę.
– Dziś każdy maluch dostanie swojego starszego opiekuna – ogłosiła. – Na cały tor, od pierwszej przeszkody aż do ostatniej. Ustawcie się w kolejce, a ja będę przydzielać pary.
Dono nie ustawił się razem z innymi. Został przy tunelu – ktoś przecież musiał pilnować ostatniej przeszkody. Pani Stego tylko skinęła mu głową.
Maluchy ustawiły się, podekscytowane, popychając się łokciami. Wśród nich stał mały, drobniejszy od innych dinozaurek imieniem Fik. Kiedy tylko zobaczył ciemne wejście z korzeni, majaczące na samym końcu trasy, spuścił wzrok – i już się nie odezwał.
Fikowi przypadł Rexi, a zabawa ruszyła. Fik radził sobie znakomicie – przeskoczył kamienie lekko skokiem, przebiegł przez „rzekę” z liści i nawet się przy tym roześmiał. Rexi biegł obok niego przez cały tor, klepał go po grzbiecie i wołał na całą dolinę, że Fik to prawdziwy mistrz.
Ale kiedy dotarli do tunelu, Fik stanął jak wryty.
Cofnął krok.
– Nie chcę – powiedział cicho, patrząc w ciemność między korzeniami.
– Ej, no co ty! – Rexi machnął łapą, pewny siebie jak zawsze. – To nic takiego! Ja bym tam wbiegł z zamkniętymi oczami, o, patrz! – Zrobił krok w stronę tunelu, żeby to udowodnić.
Fik cofnął się jeszcze bardziej, kuląc głowę między łopatkami.
Kika, która właśnie doprowadziła swojego malucha na koniec trasy, zobaczyła to i przykucnęła obok Fika. Spróbowała inaczej:
– A wiesz, że po torze będzie piknik? Z plackami jagodowymi! I będziemy siedzieć na trawie, i…
Fik trochę się rozluźnił, uśmiechnął się nawet kącikiem pyska, ale nie zrobił ani kroku w stronę wejścia.
Za nim zaczęła się już robić mała kolejka innych par, czekających na swoją kolej. Jedna mała ankylozaurka niecierpliwie przestępowała z łapy na łapę, inny maluch pytał głośno, czy to jeszcze długo. Nikt nic nie mówił wprost do Fika, ale Fik czuł na sobie te spojrzenia i kulił się jeszcze bardziej, wpatrzony w czubki własnych łap.
– Może… może ja pójdę na sam koniec kolejki? – zapytał cicho.
Nikt go nie usłyszał poza Taro, który przeszedł już cały tor ze swoim maluchem i stał teraz z boku, obserwując całą scenę. W głowie zaczynał układać coś w rodzaju planu, ale jeszcze nic nie mówił – najpierw chciał się upewnić, że to naprawdę zadziała.
Wtedy Dono, który przez cały czas siedział przy wejściu, przysunął się bez słowa tuż do Fika. Nie próbował go przekonywać. Nie powiedział „nie bój się”. Po prostu usiadł obok – tak, jak zawsze siadał obok kogoś, kto tego potrzebował.
Minęła chwila ciszy.
– To nie chodzi o sam tunel – powiedział w końcu Fik, bardzo cicho, patrząc w ziemię. – Tylko że w środku jest ciemno. I nie wiem, gdzie jest koniec, kiedy już tam wejdę.
Dono skinął głową, jakby to było najbardziej zrozumiałe zdanie na świecie.
Taro, który to usłyszał, uśmiechnął się – to było dokładnie to, czego brakowało jego planowi. Podszedł do wejścia, przyłożył patyczek w poprzek korzeni i zmierzył je raz, potem drugi.
– Mieści się – powiedział. – Spokojnie zmieści się tam dwoje, obok siebie. – Odwrócił się do Fika. – Nie musisz iść sam. Możecie przejść razem, ty i Dono. W tym samym czasie, trzymając się za łapy. Wtedy nie będziesz sam w ciemności – przez całą drogę będzie tam ktoś obok ciebie.
Rexi otworzył pysk, jakby chciał coś jeszcze dodać. Ale tym razem nic nie powiedział, tylko odsunął się na bok i zrobił im miejsce.
Fik spojrzał na Dono, potem na wejście tunelu, potem znowu na Dono.
– Naprawdę możemy tak zrobić?
– Możemy – powiedział Dono spokojnie, wyciągając łapę.
Fik chwycił ją mocno. Weszli do tunelu powoli, ramię przy ramieniu, znikając w ciemności między korzeniami. Przez chwilę nie było słychać nic prócz cichych kroków. Potem, po drugiej stronie, pojawiły się dwie sylwetki – mała i duża, tuż obok siebie – a wszyscy zebrani na końcu toru wybuchli gromkimi brawami.
Fik zamrugał, oślepiony słońcem po ciemności tunelu, i uśmiechnął się najszerzej, jak potrafił.
Wieść o tym, jak przeszedł tunel, rozniosła się po kolejce maluchów szybciej, niż ktokolwiek zdążył cokolwiek powiedzieć. Kolejny malec poprosił swojego opiekuna, żeby przeszli tunel razem, trzymając się za łapy. I kolejny. I jeszcze jeden. Do końca dnia nikt już nie przechodził przez tunel w pojedynkę – to stało się nowym, ulubionym sposobem kończenia toru.
Kiedy słońce zaczęło zniżać się nad Wielką Skałą, cała dolina usiadła razem na trawie – maluchy, starszaki i rodzice – na obiecany piknik z plackami jagodowymi. Rexi opowiadał komuś z przejęciem, jak to on pierwszy pokazał Fikowi, że tor „to nic trudnego”, zupełnie zapominając, że to wcale nie jego pomysł ostatecznie zadziałał – ale nikt się z tym nie kłócił, bo dzień był zbyt dobry, żeby psuć go sprzeczkami.
Kika tłumaczyła właśnie grupce najmłodszych nowy zwyczaj doliny. Tym razem zmieściła się w jednym zdaniu.
– Przez tunel idzie się we dwoje – powiedziała.
Fik siedział między Taro a Dono, opowiadając każdemu, kto chciał słuchać, jak to przeszedł przez najciemniejszy tunel w całej dolinie.
A Dono, patrząc na to wszystko, pomyślał tylko, że najciemniejsza droga robi się od razu krótsza, kiedy ktoś idzie nią razem z tobą, trzymając cię za łapę.
