Popołudnie w ogrodzie Szymańskich pachniało świeżo skoszoną trawą, a wiatr bawił się gałęziami klonu tak, że co chwilę nowe liście spadał na trawnik. Gdzieś za płotem ktoś suszył pranie i prześcieradła łopotały jak żagle. Był to jeden z tych dni, kiedy powietrze samo prosiło się o zabawę na dworze.
Antek dumnie obwoził po ogrodzie wielkiego, balonowego smoka – pamiątkę po niedawnym Balu Pluszaków, którego nikt nie miał serca wyrzucić. Smok miał złote łuski z bibuły, czerwone skrzydła i minę tak groźną, że nawet Łatek, pies rodziny, obszczekiwał go z bezpiecznej odległości.
– Idziemy na spacer, Wasza Smoczość! – ogłosił Antek, ciągnąc za sznurek przywiązany do ogona smoka.
Julka siedziała przy huśtawce i układała bukiet ze zerwanych stokrotek, a Jakub, jak zwykle z zeszytem w ręku, notował coś przy grządkach – prawdopodobnie liczył, ile razy wiatr zmienił kierunek w ciągu ostatniej godziny.
Nagle, znienacka, przez ogród przetoczył się porywisty podmuch. Sznurek wysmyknął się w dłoni Antka.
– Ała! – krzyknął, puszczając sznurek odruchowo.
I smok poderwał się w powietrze.
– UCIEKA! – wrzasnął Antek na całe gardło.
Julka zerwała się z ziemi, zostawiając stokrotki na trawie.
– Za nim! Nie może odlecieć za płot!
Jakub zatrzasnął zeszyt i pobiegł, chociaż po drodze zdążył jeszcze krzyknąć:
– Wiatr wieje w stronę grządek! Będzie skręcał w lewo!
Smok, jakby na złość, rzeczywiście skręcił w lewo, prosto w gęste krzaki porzeczek. Antek rzucił się w jego stronę na oślep.
– Łapię go, łapię...! Ała, gałązki!
Ale smok wyślizgnął mu się z rąk i wystrzelił w górę, o centymetry mijając huśtawkę.
– Uważajcie na huśtawkę! – zawołała Julka, próbując zajść smoka z drugiej strony. – Antek, ty od lewej, ja od prawej, otoczymy go!
– Robi się, Kapitanie Julko! – Antek zasalutował i popędził w stronę wskazaną przez siostrę, tratując po drodze kilka stokrotek.
Do pościgu z entuzjazmem dołączył Łatek, który uznał, że skoro wszyscy biegają, to musi być jakaś wspaniała zabawa. Szczekał radośnie i wpadł w te same krzaki porzeczek co wcześniej Antek, aby następnie otrząsnąć się z liści i pomknąć dalej, ujadając na smoka jak na prawdziwego intruza z sąsiedztwa.
Smok tymczasem, gnany wiatrem, przeleciał nisko nad grządkami.
– NIE NAD POMIDORY! – ryknął Jakub, zasłaniając rękami swoje ukochane sadzonki, które podlewał od tygodni.
Na szczęście smok tylko musnął czubki liści i pomknął dalej, kołysząc się jak statek na fali.
Julka i Antek zbiegli się z dwóch stron przy tarasie, ale smok w ostatniej chwili wzbił się wyżej, jakby doskonale wiedział, kiedy uciekać.
– Prawie! Prawie go miałam! – jęknęła Julka, łapiąc oddech.
Antek oparł ręce na kolanach, dysząc.
– Ten smok... ma chyba... własny rozum...
Jakub dogonił rodzeństwo, poprawiając okulary, które zsunęły mu się na czubek nosa podczas biegu.
– Bieganie na oślep nic nie da – powiedział, łapiąc oddech, ale już z tym swoim spokojnym, rzeczowym tonem. – Wiatr wieje w stronę płotu. Jeśli teraz pobiegniemy prosto tam, znowu go spłoszymy. Trzeba mu zajść drogę, zanim tam doleci.
– To co proponujesz, profesorze? – spytał Antek, mrużąc oczy w stronę wciąż szybującego smoka.
Jakub rozejrzał się szybko po ogrodzie i jego wzrok padł na wielki, kolorowy parasol ogrodowy oparty o ścianę altanki.
– To! – Podbiegł i z trudem, ale skutecznie, rozłożył parasol jak wielką, okrągłą tarczę. – Jeśli któreś z was skieruje go w moją stronę, złapię go parasolem, zanim doleci do płotu.
– Genialne! – Julka klasnęła w dłonie. – Antek, zajdź go od strony grządek, ja pójdę od huśtawki, a Jakub czeka przy płocie!
Cała trójka, teraz już zgrana jak prawdziwa załoga, rozbiegła się na wyznaczone miejsca. Łatek, nie do końca rozumiejąc plan, ustawił się dumnie pośrodku i zaszczekał, jakby wydawał komendę do ataku.
Smok, spłoszony przez Antka z jednej strony i Julkę z drugiej, zawirował dokładnie tam, gdzie trzeba – prosto w stronę płotu, gdzie czekał Jakub z rozłożonym parasolem.
Przez chwilę wydawało się, że smok jednak wzbije się ponad płot i odleci do sąsiedniego ogrodu na dobre. Ale w ostatniej sekundzie wiatr nagle ucichł, jakby i on postanowił dać dzieciom szansę, a sznurek smoka zaplątał się w szprychy parasola.
– MAM GO! – krzyknął Jakub, przyciskając parasol mocno do siebie.
Przez chwilę na podwórku zapadła cisza – tylko łopot resztek bibuły i ciężki oddech całej trójki.
A potem wybuchnął śmiech. Wszyscy troje, zziajani, ubrudzeni ziemią i liśćmi porzeczek, śmiali się tak mocno, że musieli usiąść na trawie. Łatek wskoczył pomiędzy nich, oblizując po kolei każdą twarz, jakby świętował razem z nimi.
Na hałas z domu wyszedł tata, wycierając ręce w ściereczkę.
– Co się tu wydarzyło? – zapytał, patrząc z rozbawieniem na trójkę siedzącą w trawie, zdyszaną, i na smoka wciąż wplątanego w parasol.
– Smok próbował uciec z domu! – wysapał Antek. – Ale go złapaliśmy!
– Cała załoga na pokładzie – dodała Julka, nadal chichocząc.
Tata usiadł obok nich na trawie i przyjrzał się splątanemu smokowi.
– Widzę, że stawiał opór.
– Wiatr wiał dokładnie w stronę grządek, a potem zmienił kierunek – wyjaśnił Jakub, wciąż lekko zdyszany. – Musieliśmy to przewidzieć.
– I przewidzieliście – powiedział tata z uznaniem. – Chociaż następnym razem może będziecie trzymać go trochę mocniej, zanim znowu wybierze się na spacer bez pozwolenia?
– Albo zrobimy mu specjalne miejsce postoju – zaproponowała Julka. – Tu, przy altance, gdzie wiatr nie sięga.
– Stanowisko Smoka – ogłosił Antek, jakby nadawał oficjalny tytuł. – Od dziś tu będzie cumował.
Tata pomógł im rozplątać sznurek z parasola i razem przywiązali smoka mocnym węzłem do poręczy altanki – dokładnie w miejscu osłoniętym od wiatru.
Słońce zaczynało już chylić się ku zachodowi, malując ogród na pomarańczowo. Julka usiadła na trawie i spojrzała na smoka, teraz spokojnie kołyszącego się na lekkim wietrze, już bez cienia buntu w łuskach z bibuły.
– Wiecie co – powiedziała cicho, bardziej do siebie niż do braci – czasem najlepsza przygoda to ta, której nikt nie planował.
Antek, wciąż z liściem porzeczki we włosach, kiwnął głową z powagą, jakby właśnie usłyszał najmądrzejsze zdanie świata.
A wiatr, jakby na pożegnanie, musnął jeszcze raz papierowe skrzydła smoka – tak leciutko, że ten zakołysał się tylko odrobinę, zupełnie jakby machał im na dobranoc.
Komentarze: 2
Bardzo dziękuję 🧡
Super bajka 😊