Szymańscy w Londynie - Podróż Samolotem

Szymańscy w Londynie - Podróż Samolotem

W domu Szymańskich od samego rana panował ruch większy niż w zwykłą sobotę. Z otwartych drzwi pokoju dzieci dobiegał odgłos szperania, przewracania szuflad i cichych, gorączkowych narad.

– Skarpetki są, piżama jest, ale gdzie moja druga książka? – mruczała do siebie Julka, klęcząc nad rozłożoną na łóżku walizką, w której panował wzorowy porządek podzielony na starannie poukładane stosiki.

Obok, przy swojej walizce, Jakub trzymał w ręku kartkę z listą – dokładnie taką samą, jaką sporządzał przed każdym większym wyjazdem – i odhaczał kolejne punkty ołówkiem.

– Szczoteczka do zębów – odhaczone. Zeszyt – odhaczone. Lupa – odhaczone. – Zamyślił się na chwilę. – Może jeszcze kompas?

– Jaki kompas, w samolocie i tak nie będziesz wiedział, gdzie jest północ! – zawołał Antek, który akurat wpadł do pokoju z korytarza, ciągnąc za sobą jedną skarpetkę, bo drugiej nigdzie nie mógł znaleźć.

– Właśnie dlatego chcę kompas – odparł spokojnie Jakub, nie odrywając wzroku od listy.

Z dołu, z kuchni, dobiegał zapach świeżo parzonej kawy i grzanek, a przez otwarte okno wpadał chłodny, poranny wiatr – lekko wilgotny, pachnący drzewami. Mama krzątała się między kuchnią a przedpokojem, sprawdzając po raz trzeci, czy paszporty na pewno leżą w jej torebce, a tata właśnie wnosił do przedpokoju ostatnią, największą walizkę, sapiąc lekko pod jej ciężarem.

– Za pięćdziesiąt minut mamy taksówkę! – zawołała mama, zaglądając do pokoju dzieci. – Julka, ile jeszcze potrzebujesz czasu?

– Prawie skończone! – odkrzyknęła Julka, po czym błyskawicznie wcisnęła zagubioną książkę między piżamę a swetry i zatrzasnęła walizkę tak zdecydowanie, jakby zamykała skarbiec.

Antek tymczasem wciąż krążył po pokoju w poszukiwaniu drugiej skarpetki, aż w końcu znalazł ją tam, gdzie nikt by się nie spodziewał – w kieszeni swojej bluzy, którą nosił od wczorajszego spaceru.

– Mam ją! – oznajmił triumfalnie, jakby odnalazł zaginiony skarb, i od razu zaczął się ubierać w takim pośpiechu, że o mało nie wpadł na Łatka, który plątał się między nogami wszystkich, wyraźnie wyczuwając, że dzieje się coś ważnego.

– Łatku, zostajesz z babcią, będzie ci dobrze – powiedziała czule Julka, przykucając na chwilę, żeby podrapać psa za uchem.

Kiedy w końcu cała rodzina, z walizkami i plecakami stanęła przy drzwiach, w domu zapadła nagła, dziwna cisza – ten szczególny rodzaj ciszy, jaki bywa tuż przed wyjazdem, kiedy wszystko jest już gotowe, a mimo to nikt nie chce być pierwszy, żeby przekroczyć próg.

– No to jedziemy do Londynu – powiedział tata, uśmiechając się i poprawiając pasek od plecaka na ramieniu.

Antek podskoczył w miejscu tak wysoko, że omal nie strącił lampy w przedpokoju.

– DO LONDYNU! – wrzasnął z entuzjazmem, jakby ogłaszał to całej ulicy.

Lotnisko powitało ich zupełnie innym rytmem niż dom – gwarem setek rozmów w różnych językach, zapachem kawy z automatów, metalicznym głosem z głośników zapowiadającym kolejne loty do miast, o których dzieci nigdy wcześniej nie słyszały.

– Paryż, Rzym, Rejkjawik... – czytał Jakub z tablicy odlotów, próbując wymówić każdą nazwę poprawnie. – Skąd oni wiedzą, które ogłoszenie nadać jako pierwsze?

– Pewnie mają jakiś system – odparła z namysłem Julka, rozglądając się po ogromnej hali, w której ludzie ciągnęli za sobą walizki na kółkach, tworząc na podłodze skomplikowaną sieć ścieżek.

Kolejka do odprawy bagażu wlokła się powoli, a Antek, żeby nie umrzeć z nudów, postanowił zliczać, ile osób przed nimi ma czerwone walizki. Doliczył do jedenastu, zanim w końcu podeszli do okienka.

Później była kontrola bezpieczeństwa – zdejmowanie butów, wykładanie z kieszeni wszystkiego, co metalowe, przejście przez bramkę, która u Antka, ku jego wielkiej radości i lekkiemu zawstydzeniu mamy, zapiszczała przez zapomnianą metalową zabawkę w kieszeni.

– To nie jest nóż! – tłumaczył się gorliwie strażnikowi, który tylko uśmiechnął się i odłożył zabawkę do osobnego koszyka na czas kontroli.

W końcu, po długim spacerze przez korytarze pełne sklepów i restauracji, dotarli do bramki, przy której czekał już sznur pasażerów. Za wielkim oknem, tuż za szybą, stał samolot – większy, niż którekolwiek z dzieci sobie wyobrażało, z lśniącymi silnikami i skrzydłami, które wydawały się nie pasować proporcjami do reszty kadłuba.

– Jak coś tak wielkiego może się w ogóle unieść? – zapytała cicho Julka, przyciskając nos do szyby.

– To pytanie do taty! – powiedział Jakub, odwracając się z nadzieją w stronę taty.

Tata usiadł na chwilę na plastikowym krześle obok, żeby wyjaśnić to najprościej, jak potrafił.

– Skrzydła są tak zbudowane, że powietrze płynące nad nimi porusza się szybciej niż pod spodem. To sprawia, że pod skrzydłem robi się większe ciśnienie niż nad nim, i ono unosi samolot do góry. Trochę jak wtedy, gdy wystawiasz rękę przez okno samochodu i czujesz, jak wiatr ją unosi.

Jakub pokiwał głową, najwyraźniej zadowolony, i natychmiast zanotował coś w swoim zeszycie, dopisując obok mały, niedbały rysunek skrzydła ze strzałkami.

Wnętrze samolotu pachniało nowością i plastikiem, a rzędy foteli ciągnęły się dalej, niż Antek się spodziewał.

– Ja chcę przy oknie! – zawołał, próbując przecisnąć się pierwszy do swojego rzędu.

– Ja też chciałam przy oknie – westchnęła Julka, ale po chwili namysłu usiadła spokojnie przy przejściu, bo, jak stwierdziła, „kapitan musi widzieć cały pokład, nie tylko jeden kawałek nieba".

Silniki zaczęły buczeć coraz głośniej, stewardesa pokazała, jak zapiąć pasy, a samolot powoli zaczął toczyć się w stronę pasa startowego, kołysząc się lekko na zakrętach.

– Zaczyna się – szepnął Antek, ściskając poręcz fotela z miną kogoś, kto szykuje się do skoku z ogromnej wysokości, choć jeszcze nawet nie oderwali się od ziemi.

Silniki zaryczały głośniej, samolot przyspieszył, wcisnął wszystkich lekko w fotele, a za oknem pas startowy zaczął uciekać coraz szybciej, aż w pewnym momencie – tak nagle, że trudno było uchwycić dokładny moment – ziemia po prostu zniknęła w dole.

– LECIMY! – krzyknął Antek, po czym natychmiast zasłonił usta dłonią, przypominając sobie, że w samolocie raczej nie wypada krzyczeć.

Za oknem miasto zamieniło się w plątaninę maleńkich domków, dróg cienkich jak nitki i pól w barwnych łatach, aż w końcu wszystko zniknęło pod grubą warstwą chmur.

– Wygląda jak wata cukrowa – zauważyła cicho Julka, przyciskając czoło do szyby.

– Nie da się jej zjeść, sprawdzałem w myślach – mruknął Antek z udawaną powagą, na co Julka parsknęła śmiechem, a nawet Jakub uśmiechnął się, nie odrywając wzroku od notatnika.

Lot mijał w rytmie pytań Jakuba – o to, dlaczego chmury są białe, dlaczego niebo nad chmurami jest jaśniejsze niż pod nimi, i czy piloci czasem się nudzą – na które tata i mama odpowiadali cierpliwie, na tyle, na ile sami wiedzieli, a czego nie wiedzieli, obiecywali sprawdzić razem po powrocie do domu.

Po jakimś czasie w kabinie rozległ się cichy sygnał, a stewardesa poprosiła o zapięcie pasów – zbliżali się do celu. Antek, który zdążył już zjeść dwie porcje ciasteczek przylgnął z powrotem do okna.

Chmury zaczęły się rozstępować, a pod nimi, w gęstniejącym z każdą minutą świetle popołudnia, wyłonił się Londyn – rzeka wijąca się przez miasto jak srebrna wstążka, tysiące dachów, mostów i maleńkich, poruszających się punkcików, które musiały być samochodami.

– To wszystko jest prawdziwe – powiedziała Julka cicho, bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego, jakby dopiero teraz naprawdę uwierzyła, że za chwilę tam wylądują.

Nikt nic nie odpowiedział. Cała piątka, ściśnięta w dwóch rzędach foteli, patrzyła w milczeniu na miasto rosnące pod nimi z każdą sekundą, aż koła samolotu delikatnie, z cichym szumem, dotknęły pasa startowego.

Kiedy wysiedli już na płytę lotniska i szli krytym korytarzem w stronę hali przylotów, Antek, wciąż lekko oszołomiony całym dniem, spojrzał na tatę.

– Tato, a jak to jest, że w domu było rano, a teraz jest tu popołudnie, ale to był tylko jeden lot?

– To dobre pytanie na jutro, wyjaśnię Wam jak działają strefy czasowe – roześmiał się tata, kładąc mu rękę na ramieniu. – Na razie chodźmy poszukać naszej walizki, dobrze?

Mama przystanęła na chwilę, obejmując całą trójkę spojrzeniem, i powiedziała cicho:

– Cieszę się, że to przeżywamy razem. Pierwszy raz w Londynie, pierwszy raz tak daleko od domu.

Julka wzięła Jakuba i Antka za ręce, mimo że żaden z nich specjalnie tego nie potrzebował, i we trójkę ruszyli za rodzicami przez halę przylotów, pełną obcych głosów, walizek na kółkach i tablic z napisami w języku, którego mieli się dopiero uczyć przez najbliższe dni.

A za wielkimi oknami lotniska zapalały się pierwsze światła miasta – tysiące małych, migoczących punktów, jakby całe miasto mrugało do nich na powitanie.

Komentarze: 0

Wprowadź komentarz

Pamiętaj, że komentarze muszą zostać zatwierdzone przed opublikowaniem.

A może czas na większe przygody?

Kosmiczne Dzieciaki – Galaktyczna Intryga

Kosmiczne Dzieciaki – Galaktyczna Intryga

Kosmiczne Dzieciaki – Galaktyczna Intryga

15,00 zł PLN
Księżniczka Aleksandra

Księżniczka Aleksandra

Księżniczka Aleksandra

15,00 zł PLN
Świąteczna misja Szymańskich

Świąteczna misja Szymańskich

Świąteczna misja Szymańskich

15,00 zł PLN
Niedźwiedź Bruno - Legenda pióra

Niedźwiedź Bruno - Legenda pióra

Niedźwiedź Bruno - Legenda pióra

15,00 zł PLN

Autor bajki

Adam Brykowicz

Jestem autorem bajek dla dzieci i twórcą Mikolito — miejsca, w którym opowieści mają być jednocześnie bezpieczne, mądre i pełne przygody oraz wyobraźni. Od lat piszę historie przeznaczone do wspólnego czytania, inspirowane tematami, które przyciągają dziecięcą uwagę i rozbudzają wyobraźnię.

Strona o autorze