U Szymańskich Bajki o przygodach

Szymańscy w Londynie
Dzień Kasztana

Adam Brykowicz
Adam Brykowicz
Autor Mikolito
15 października 2026
Data publikacji
6 minut
Czas czytania
#145/ 145
Odcinek serii
Szymańscy w Londynie - Dzień Kasztana

Ostatniego dnia w Londynie powietrze w Hyde Parku pachniało jesienią tak mocno, że prawie dało się je ugryźć. Złote liście leżały na ścieżkach wysokimi stosami, a przy wejściu stał wózek z czerwonym daszkiem, nad którym unosił się ciepły dym i zapach pieczonych kasztanów.

Walizki czekały w przechowalni w hotelu, samolot odlatywał dopiero wieczorem, a Antek miał misję. Dzień wcześniej, w maleńkiej kafejce pod zielonym czajnikiem, Edith powiedziała im, że w Hyde Parku jest teraz pełno kasztanów. Antek nie zapomniał o tym ani na chwilę.

– Potrzebuję co najmniej czterdziestu kasztanów – oznajmił, klepiąc się po kieszeniach kurtki, które od początku podróży służyły mu za skład zagubionych rzeczy. – Na kasztanowe pojazdy. Cztery koła na jeden pojazd, a pojazdów ma być dużo.

– Czterdzieści kasztanów to dziesięć pojazdów – policzył Jakub. – Chyba że chcesz zbudować ciężarówkę.

– Ciężarówka ma sześć kół – odparł Antek z powagą człowieka, który zna się na rzeczy.

Zanim weszli w głąb parku, tata kupił papierowy rożek gorących kasztanów. Sprzedawca, starszy pan w wełnianej czapce, wsunął go Antkowi prosto w dłonie.

– Tylko nie jedzcie tych z ziemi – mrugnął sprzedawca i wskazał lśniące kasztany leżące pod drzewami. – Te nie są dla ludzi.

– To prawda – potwierdził Jakub, kiedy odeszli kawałek. – Te w rożku to kasztany jadalne. A te w kolczastych łupinach rosną na kasztanowcu i są niejadalne. Mogłyby nam zaszkodzić.

– To po co one są? – zdziwił się Antek.

– Do pojazdów – odpowiedziała Julka i wszyscy się roześmiali.

Usiedli na ławce, a rożek postawili ostrożnie pomiędzy sobą. Nie minęła minuta, kiedy z trawy wyszła wiewiórka. Szara, puszysta i tak śmiała, że przystanęła tuż przy ławce i patrzyła na nich czarnymi oczkami.

– Dzikich zwierząt nie dotykamy i nie karmimy – przypomniała cicho mama. – Tylko patrzymy.

Patrzyli więc, zachwyceni. Antek patrzył najdłużej, aż zauważył pięć kroków dalej wyjątkowo błyszczący kasztan, jeden z tych idealnych, jakie widuje się w snach. Zerwał się z ławki, pobiegł i właśnie podnosił go z ziemi, kiedy za jego plecami rozległo się szuranie.

Wiewiórka zrobiła to w jednej sekundzie. Chwyciła zębami papierowy rożek, szarpnęła i zniknęła w trawie z prędkością, jakiej nikt się po niej nie spodziewał.

– ONA PORWAŁA NASZE KASZTANY! – wrzasnął Antek, wrzucając swój wymarzony kasztan do kieszeni.

– Biegniemy! – zawołała Julka, już pędząc przed siebie.

Trawnik okazał się znacznie większy, niż wyglądał. Wiewiórka mknęła przed nimi zygzakiem: w lewo, w prawo, w lewo, w lewo, w prawo. Za każdym razem dzieci wpadały na siebie, próbując skręcić.

– Czemu ona tak biega? – wysapał Antek.

– Żeby nikt nie odgadł, dokąd zmierza – wydyszał Jakub. – Tak robią, kiedy ktoś je goni. Drapieżnik nie przewidzi trasy.

– My nie jesteśmy drapieżnikami! – oburzył się Antek.

– Ona o tym nie wie.

Tata biegł kilka kroków za nimi, przytrzymując kapelusz ręką, bo wiatr znów miał na niego chrapkę. Mama szła spokojnie nieco dalej, kontrolując cały pościg.

Na końcu trawnika kilkanaście osób stało rzędami w porannym słońcu i poruszało się tak wolno, jakby ktoś puścił świat w zwolnionym tempie. Wiewiórka przemknęła między ich stopami i nikt nawet nie drgnął.

– Cicho! – syknęła Julka. – Teraz powoli!

Przeszli przez środek grupy na palcach. Antek z jedną nogą zawieszoną w powietrzu, Julka z wyciągniętą ręką, Jakub z miną człowieka, który wstrzymał oddech. Kobieta prowadząca ćwiczenia nie przerwała ruchu, tylko uśmiechnęła się do nich i bardzo, bardzo wolno skinęła głową.

Kiedy dzieci wyszły z drugiej strony, wystartowały jak z procy.

Przed nimi biegła szeroka, piaszczysta aleja, a po niej nadjeżdżali jeźdźcy na lśniących koniach, które miarowo uderzały kopytami w piasek. Wiewiórka przemknęła na drugą stronę tuż przed pierwszym koniem i zniknęła w krzakach.

Dzieci zahamowały na samej krawędzi piasku. Tata położył ręce na ramionach Antka i Julki.

– Konie mają pierwszeństwo – powiedział. – Czekamy.

Kiedy ostatni koń się oddalił, tata rozejrzał się w obie strony i dopiero wtedy kiwnął głową. Przeszli na drugą stronę, Antek zajrzał pod każdy krzak, a potem pod jeszcze jeden.

Wiewiórki nie było.

– Zgubiliśmy ją – jęknął. – Nasze kasztany przepadły.

Jakub nie odpowiedział. Klęczał na skraju ścieżki i patrzył w ziemię.

– Zaraz – powiedział. – Patrzcie.

Na żwirze leżał pojedynczy, brązowy kasztan z rożka. Kawałek dalej leżał drugi, a jeszcze dalej trzeci.

– Rożek miał dziurę – domyśliła się Julka. – Ona gubi je po drodze.

– Jak okruszki z bajki – zachwycił się Antek. – Idziemy za kasztanami!

Julka wyjęła notes i zaczęła rysować mapę, znacząc krzyżykiem każde miejsce, w którym leżał kasztan. Antek zbierał je po drodze i chował do osobnej kieszeni, a Jakub szedł z pochyloną głową i wskazywał kolejne ślady, jakby prowadził wyprawę po skarb.

Ślad skręcił nad jezioro. Nad jego brzegiem rodzina kaczek przechodziła przez ścieżkę w idealnym szeregu, jedna za drugą.

– Kaczki mają pierwszeństwo – ogłosił Antek, który właśnie nauczył się tej zasady od koni.

Kiedy ostatnia kaczka zeszła do wody, dzieci ruszyły dalej i nagle ją zobaczyły. Wiewiórka siedziała pod drzewem tuż nad wodą. Wykopała łapkami płytki dołek, wrzuciła do niego kasztan i starannie go zasypała.

– Tutaj! Zakopała go tutaj! – krzyknął Antek, przyklęknął i rozgarnął ziemię palcami. Była zimna i pełna liści. Kasztana w niej nie było.

Wiewiórka spojrzała na niego z gałęzi i pobiegła dalej.

– Oszukała nas – powiedział Jakub z podziwem. – Wiewiórki udają, że zakopują, kiedy ktoś patrzy, żeby nikt nie odkrył prawdziwych schowków.

– Czyli zrobiła nam fałszywy schowek – westchnął Antek, otrzepując ręce, po czym ukłonił się nisko w stronę, w którą pobiegła. – Dobry numer.

Ślad prowadził teraz pod górę, wzdłuż alei starych drzew, aż dzieci stanęły jak wryte.

Przed nimi rosło największe drzewo, jakie kiedykolwiek widziały. Jego korona zasłaniała pół nieba, a pod nią cała ziemia lśniła od brązowych kasztanów, jakby ktoś rozsypał skarb. Leżały w stosach i w rzędach, wyglądały z pękniętych, kolczastych łupin i połyskiwały jak wypolerowane.

– Jest ich z tysiąc – wyszeptał Antek i zatrzymał się w pół kroku, żeby nie zdeptać żadnego.

Wiewiórka siedziała wysoko na gałęzi i zajadała kasztan z rożka, ostatni, jaki jej został, trzymając go w obu łapkach. Na kasztany leżące na ziemi nawet nie spojrzała.

– Zauważcie, że tych z ziemi w ogóle nie rusza – powiedział Jakub. – Wiewiórki zwykle ich nie jedzą. Dla niej to nie jedzenie.

– A dla mnie skarb – odparł Antek.

Dzieci zbierały kasztany długo i ostrożnie, podnosząc tylko te, które leżały już luzem na ziemi, i nie ruszając kolczastych łupin. Julka układała je w rzędach, żeby policzyć. Jakub wybierał najbardziej okrągłe, a Antek upychał do kieszeni jeden po drugim, aż kurtka stała się ciężka jak worek z kamieniami.

Gdy zebrali już tyle, ile trzeba, Antek wyjął z drugiej kieszeni garść kasztanów z rożka, tych, które wiewiórka pogubiła po drodze, i podniósł je w stronę drzewa.

– Oddam jej – powiedział. – Zgubiła je w biegu.

Mama pokręciła głową.

– Te są pieczone, Antku. Dla niej to nie jest dobre jedzenie. A dzikich zwierząt nie karmimy, nawet wtedy, kiedy bardzo chcemy.

Antek popatrzył na garść w dłoni, a potem na ziemię dookoła, zasypaną kasztanami aż po sam korzeń.

– No tak – przyznał.

– Pięćdziesiąt cztery – oznajmiła Julka, kończąc liczyć. – Wystarczy na dwanaście pojazdów i jedną ciężarówkę.

– Z sześcioma kołami – dodał Antek z dumą.

Julka narysowała na końcu swojej mapy wielkie drzewo i postawiła przy nim ostatni krzyżyk.

Jakub patrzył w górę, na gałąź, na której wiewiórka kończyła swój kasztan.

– Wiecie, że wiewiórki zapominają o części swoich schowków? – powiedział. – Zakopują tyle orzechów i żołędzi, że nie pamiętają wszystkich miejsc. I z tych zapomnianych czasem wyrastają drzewa.

– Czyli ten park jest trochę przez nie posadzony – zauważyła mama.

– To weźmy jeszcze jeden, osobno – postanowiła Julka. – Surowy, prosto z ziemi. Zasadzimy go w ogrodzie.

Antek bez słowa sięgnął do kieszeni i wyjął ten najbardziej błyszczący, który znalazł jeszcze przy ławce, zanim zaczęła się cała pogoń.

– Ten – powiedział. – On jest najlepszy.

Wiewiórka zeskoczyła niżej, na sąsiednią gałąź, popatrzyła na nich przez chwilę czarnymi oczkami, a potem zniknęła w gęstwinie liści. Antek patrzył w to miejsce jeszcze długo po tym, jak przestało się ruszać, zastanawiając się czy z ich kasztana wyrośnie w ogrodzie drzewo.

← Poprzednia bajka Szymańscy w Londynie – Herbata
Ładowanie komentarzy…
Może spodobają Ci się też

Kolejne bajki do przeczytania

Błysk i Klakson – 2: Próba toru
Błysk i Klakson

Błysk i Klakson – 2: Próba toru

21 lipca 2025 Czytaj →
Piksel i przytulisko – 2: Papuga na dachu
Piksel i przytulisko

Piksel i przytulisko – 2: Papuga na dachu

19 lipca 2025 Czytaj →
Drużyna Asów – Koszykówka
Drużyna Asów

Drużyna Asów – Koszykówka

14 lipca 2025 Czytaj →
Dinozaury z Wielkiej Skały – Zawody Kiki
Dinozaury z Wielkiej Skały

Dinozaury z Wielkiej Skały – Zawody Kiki

13 lipca 2025 Czytaj →