Ogród po deszczu pachniał mokrą ziemią i liśćmi, a z każdego krzaka kapało, jakby ktoś zapomniał zakręcić niebo. W domu Szymańskich pachniało zupą gotowaną w kuchni i czymś jeszcze: pomysłem, który właśnie wykluwał się w głowie Antka.
– Kolacja będzie o szóstej – oznajmiła mama, mieszając w garnku. – Ktoś musi zawołać tatę z garażu.
Dzieci wymieniły spojrzenia. To nie było takie proste. Garaż stał na drugim końcu domu, a tata od samego rana naprawiał w nim hamulec w rowerze Jakuba i słuchał przy pracy radia tak głośno, że nie usłyszałby nawet orkiestry dętej. Zwykle ktoś biegł przez cały dom, walił w drzwi i czekał, aż tata przestanie majstrować i podniesie głowę.
– Po co biegać? – zapytał Antek, wyskakując spod stołu. – Niech tor go zawoła!
– Jaki tor? – Julka uniosła brew.
– Tor dla resoraków, przez cały dom i ogród! – Antek rozłożył ręce jak dyrektor wielkiej firmy ogłaszający nową inwestycję. – Na końcu dzwonek. Resorak zadzwoni, tata przyjdzie, a kolacja będzie gorąca!
Przez okno widać było altankę, a przy niej stary mosiężny dzwonek. Mama dzwoniła w niego zawsze, kiedy trzeba było zawołać dzieci z ogrodu. Tym razem to dzieci miały zadzwonić.
Jakub otworzył zeszyt i spojrzał na sprawę jak inżynier.
– Resorak nie ma silnika. Może jechać tylko w dół, a dzwonek jest bardzo daleko od schodów. Jeden resorak nie da rady.
– To niech jedzie sztafeta – podsunęła Julka. – Każdy resorak trąca następnego i przekazuje mu pałeczkę.
– Trzy resoraki! – Antek już biegł do pudła z zabawkami. – Walec, Strzałka i Kurier!
Walec, ulubiony resorak Antka, był ciężki i metalowy. Strzałka była lekka i szybka, a Kurier malutki, ale bardzo zwinny.
Mama zdjęła fartuch, zerknęła na dzieci i uśmiechnęła się.
– Dobrze. Ale schody to moja strefa. Ciężkie rzeczy tam noszę ja.
Popołudnie minęło szybciej, niż ktokolwiek się spodziewał. Antek zbudował na swoim biurku rynnę z linijek i hamulec z gumki, a z rolek po papierze toaletowym zrobił długi tunel prowadzący aż do schodów.
Mama przyniosła deskę do prasowania i oparła ją o schody jak wielką rampę. Dzieci stały obok, a ona sama pilnowała, żeby nic się nie ześlizgnęło. Julka rozłożyła na desce pasy srebrnej folii, które w świetle lampy lśniły jak prawdziwy wodospad.
– Szanowni państwo – oznajmiła z dumą – oto Srebrny Wodospad!
W salonie Jakub ustawił rząd klocków jako domino, a za nim pochylnię z poduszek, po której miała się stoczyć szklana kulka. Na końcu pochylni zawiesił na sznurku stary kapeć jak wahadło, a tuż za nim postawił Strzałkę, gotową do drogi w stronę kuchni.
W kuchni mama przesunęła garnki, a Julka ułożyła z pokrywek zakręcony tor. Przy drzwiach na taras położyli linijkę jako most zwodzony nad progiem. Na tarasie czekał już Kurier.
Ogród okazał się najtrudniejszy. Trawa po deszczu była tak mokra, że resorak zatrzymywał się na niej po każdym metrze. Mama przecięła wzdłuż kilka pudełek po płatkach, a Julka skleiła je taśmą w długą rynnę. Za rynną dzieci rozpostarły na patykach wielki pas folii ogrodowej, który nazwały „autostradą”. Przy altance, tuż obok dzwonka, Antek umocował deskę-huśtawkę, tak ustawioną, żeby Kurier przechylał ją przy zjeździe.
W pewnym momencie za drzwiami kuchni rozległy się ciężkie kroki taty. Dzieci w ostatniej chwili zarzuciły koce na wszystkie konstrukcje. Drzwi otworzyły się z trzaskiem i do środka wszedł tata, z rękawem poplamionym olejem i z czymś w ręku, co wyglądało na hamulec.
Zatrzymał się w progu. Wszędzie wisiały koce, a pod nimi rysowały się dziwne konstrukcje z pokrywek.
– Czy ja powinienem wiedzieć, co tu się dzieje? – zapytał ostrożnie.
– Niespodzianka – powiedziała mama. – Napij się wody i wracaj do roweru. Zawołamy cię.
Tata spojrzał na Antka, który stał z miną niewiniątka, na Jakuba, który właśnie chował zeszyt za plecami, i na Julkę, która nagle zainteresowała się sufitem.
– Rozumiem, że to nic, co trzeba będzie odkręcać – powiedział.
– Nic – zapewniła mama.
Tata wypił wodę i wrócił do garażu.
Próba pierwsza zaczęła się od wielkiego rozbiegu. Walec ruszył po rynnie z linijek, pomknął przez tunel, wyleciał z niego jak z armaty i wylądował w koszu na pranie.
– Próba pierwsza, wynik: kosz – zapisał Jakub.
Próba czwarta była lepsza. Walec zjechał po Wodospadzie, trafił w domino, klocki zaczęły padać jeden po drugim, a wtedy do salonu wpadł Łatek, ich pies. Zobaczył padające klocki, uznał to za wspaniałą zabawę i dołączył do niej całym sobą. Domino zniknęło pod jego łapami.
– Próba czwarta, wynik: Łatek – zanotował Jakub, a Antek padł na dywan ze śmiechu.
W próbie szóstej wszystko szło tak dobrze, że Strzałka dojechała aż do kuchni i wpadła na pokrywki, które zadźwięczały tak głośno, że mama wbiegła przestraszona, z łyżką w ręku.
– Co tu lata koło garnków?
– Próba szósta, wynik: prawie – oznajmił Jakub poważnie.
Próba siódma doszła aż do ogrodu. Kurier zjechał rynną z pudełek, wjechał na autostradę i zatrzymał się na pierwszym mokrym liściu, który przykleił mu się do kół.
– Liście! – jęknął Antek. – Liście są zdrajcami!
Julka natychmiast zmiotła wszystkie liście z toru i wyłożyła trasę dodatkową folią. W próbie dziewiątej Kurier przejechał całą autostradę, pomknął w stronę dzwonka i wpadł prosto do konewki, którą ktoś zostawił pod altanką.
– Próba dziewiąta, wynik: konewka – westchnął Jakub. – Ale prawie.
Antek komentował każdą porażkę tak, jakby to był finał mistrzostw świata.
– Szanowni słuchacze, Kurier stracił orientację! Co za dramat! Co za zwrot akcji!
– To miał być zwrot akcji – dodała Julka z łaskawym uśmiechem, bo wolała, żeby każda wpadka wyglądała na zaplanowaną.
Próba dwunasta zaczęła się za dziesięć szósta. Łatek na wszelki wypadek został zamknięty w łazience z miską smaczków. Wszyscy zajęli miejsca. Mama stanęła przy schodach, Julka w kuchni, Jakub w salonie ze stoperem, a Antek przy biurku z Walcem na starcie.
– Gotowi? – zapytał.
– Gotowi – odpowiedzieli.
Walec ruszył. Zjechał po rynnie, przemknął przez tunel, wyfrunął na szczyt wodospadu i popędził w dół po desce do prasowania. Srebrna folia błysnęła w świetle lampy. Domino padło rzędem, kulka potoczyła się po poduszkach, kapeć zakołysał się na sznurku i trącił Strzałkę, która pomknęła w stronę kuchennego toru.
Dzieci ruszyły za resorakami jak orszak. Antek w roli sprawozdawcy radiowego ryczał na cały dom: „Walec na schodach! Strzałka w kuchni, Strzałka przy garnkach!”. Jakub biegł ze stoperem i liczył. Mama zeszła ze schodów prosto do kuchni i stanęła przy swoim garnku, a Julka przeskoczyła jak czapla nad mostem zwodzonym i wybiegła na taras.
– Strzałka na tarasie! – wołał Antek. – Strzałka uderza w Kuriera!
Kurier ruszył. Pomknął rynną z pudełek, wjechał na autostradę, sunął nad wilgotną trawą i huknął w deskę przy altance. Deska przechyliła się i trąciła dzwonek.
Dzyń.
Akurat w tej chwili w garażu skończyła się piosenka i radio ucichło. Czysty dźwięk mosiężnego dzwonka popłynął przez cały ogród, prosto do otwartych drzwi garażu.
Cisza trwała dokładnie sekundę. Potem mama otworzyła okno w kuchni.
– Kolacja!
Po chwili zza rogu domu wyszedł tata z kluczem w ręku i z miną kogoś, kto właśnie usłyszał, że dzwoni cały świat.
– Ktoś mnie wołał – oznajmił tata, rozglądając się po ogrodzie. – Chyba cały dom naraz.
Zobaczył rynnę z pudełek, folię na patykach, Kuriera leżącego pod dzwonkiem i trzy buzie rozjaśnione dumą.
– To wszystko dla mnie? – zapytał.
– Dla kolacji – poprawił Jakub, podając mu Księgę Prób. – Dwanaście prób. Czas ostatniego przejazdu: cztery minuty.
– I ani jednego psa po drodze – dodał Antek.
Tata przeglądał zeszyt z coraz większym zdziwieniem.
– Czy ktoś mi to wyjaśni po kolacji? – zapytał.
– Zrobimy lepiej – ogłosiła Julka. – Po kolacji uruchomimy wszystko jeszcze raz, a ty dostaniesz zaszczyt puszczenia Walca na starcie.
Tata się roześmiał i obiecał, że tym razem nie trzeba będzie po niego dzwonić.
Zupa na stole była wciąż gorąca. Dzieci opowiadały jedno przez drugie, a Łatek, wypuszczony już z łazienki, leżał radośnie pod stołem.
– A hamulec? – zapytał Jakub.
– Działa – odparł tata z dumą. – Też za dwunastym razem.
Tej soboty zaproszenie na kolację przebyło w domu Szymańskich dłuższą drogę niż niejeden podróżnik i zebrało po trasie więcej uśmiechów niż niejedna pocztówka.
