U Szymańskich Bajki o przygodach

Szymańscy w Londynie
Łódka w kanale

Adam Brykowicz
Adam Brykowicz
Autor Mikolito
1 października 2026
Data publikacji
6 minut
Czas czytania
#143/ 145
Odcinek serii
Szymańscy w Londynie - Łódka w kanale

Ławka nad Regent’s Canal wciąż pachniała ciepłym drewnem nagrzanym całodniowym słońcem, a woda w kanale lśniła teraz złotem, odbijając ostatnie promienie dnia. Notes Julki, pełen zebranych w ciągu dnia „dziękuję”, leżał jeszcze otwarty na jej kolanach, a rodzina siedziała w tym przyjemnym, sennym milczeniu, jakie przychodzi zawsze po dobrze wypełnionym dniu.

Wzdłuż przeciwległego brzegu kołysały się łagodnie kolorowe łódki mieszkalne  zielone, niebieskie, jedna w intensywnym różu – z kominami, z których gdzieniegdzie unosiła się już smużka dymu, i ze skrzynkami kwiatów na dachach. W ich oknach pojawiały się ciepłe światła, a gdzieś w oddali, od strony Camden, wciąż dobiegał stłumiony gwar dogasającego targu.

– Można by tak siedzieć cały wieczór – westchnął Antek, wyciągając nogi przed siebie.

Jakub, patrząc leniwie na wodę, zmrużył nagle oczy.

– Czy ona się rusza? – zapytał, nie odrywając wzroku od jednej z łódek, stojącej najdalej na prawo, bliżej niskiego, kamiennego mostku.

– Która? – Julka podniosła głowę znad notesu.

– Tamta. Wydaje mi się, że odległość między nią a brzegiem jest większa niż przed chwilą.

Przez moment wszyscy patrzyli w milczeniu. Rzeczywiście – powoli, ale wyraźnie, łódka oddalała się od nabrzeża, a jej lina cumownicza zwisała luźno, wlokąc się po powierzchni wody. Na pokładzie nie było nikogo.

– Ona naprawdę płynie sama! – Antek zerwał się z ławki tak gwałtownie, że notes omal nie spadł Julce z kolan.

Julka poderwała się chwilę po nim, natychmiast przejmując dowodzenie, jak zawsze w sytuacjach wymagających szybkiego planu.

– Antek, biegnij tam i krzycz, Jakub, zostań tu i nie spuszczaj z niej wzroku – licz, ile jej zostało do mostu! Tato, chodź, może dogonimy ją brzegiem!

– Ja zostanę tutaj z rzeczami – dodała szybko mama, sięgając już po telefon, na wszelki wypadek, gdyby sytuacja zrobiła się poważniejsza. – Gdyby coś, dzwonię po pomoc.

Tata był już na nogach, zrzucając z ramion kurtkę. Antek popędził brzegiem, wymachując rękami, przeskakując po drodze przez czyjś zaparkowany rower.

– ŁÓDKA! CZYJAŚ ŁÓDKA PŁYNIE SAMA! – krzyczał na całe gardło, aż w oknie jednej z sąsiednich łódek poruszyła się firanka.

Chwilę później na pokład wyszła kobieta z kubkiem herbaty w dłoni – Lily, jak się później okazało – i w mgnieniu oka oceniła sytuację. Odstawiła kubek tak szybko, że część herbaty chlusnęła na pokład, chwyciła długi drążek z metalowym hakiem na końcu, oparty o burtę jej łódki, i zeskoczyła na brzeg, biegnąc równolegle do dryfującej łodzi. Tata dołączył do niej sekundę później, dysząc, z butami ślizgającymi się na wilgotnej ścieżce.

– Ten mostek jest za niski! – rzuciła Lily w biegu. – Jeśli tam dopłynie, utknie w poprzek kanału albo zerwie sobie pół dachu!

– Jakieś dwadzieścia metrów do mostu! – krzyknął Jakub z ławki, nie spuszczając wzroku z łódki, licząc w myślach z uporem, jakby od jego rachunków zależało tempo całej akcji. – Piętnaście!

W biegu Lily wypatrzyła moment, w którym zwisająca lina znalazła się najbliżej brzegu, i jednym, wprawnym ruchem zarzuciła na nią hak.

– MAM JĄ! – krzyknęła, przyciągając linę na tyle blisko, że tata mógł już chwycić ją gołymi rękami.

– Dziesięć metrów! – zawołał Jakub, a w jego głosie po raz pierwszy zabrzmiała prawdziwa nuta napięcia.

Razem – Lily hakiem, a tata siłą własnych ramion – zaczęli naciągać linę, krok po kroku przyprowadzając łódkę z powrotem w stronę brzegu. Łódka opierała się przez moment prądowi, kołysząc się niebezpiecznie blisko środka kanału, po czym w końcu ustąpiła, sunąc posłusznie ku nabrzeżu.

– Pięć metrów do mostu, ale ona już wraca! – Jakub niemal podskoczył z ulgi.

Kilka chwil później łódka dotknęła burtą brzegu, kilkanaście metrów przed mostkiem. Tata, zziajany, owinął linę wokół najbliższego pachołka cumowniczego, zaciskając prowizoryczny, ale mocny węzeł.

Zanim zdążyli złapać oddech, na ścieżce pojawił się zdyszany starszy pan z torbą pełną zakupów, z której wystawał karton mleka i pęczek pietruszki, z twarzą bladą jak papier. Zwolnił z biegu, patrząc raz na puste miejsce przy brzegu, raz na grupkę ludzi stojącą przy jego łódce, jakby nie mógł zdecydować, co bardziej go przeraża.

– Moja łódka… – wyszeptał, po czym z ulgą dostrzegł ją bezpiecznie przycumowaną kawałek dalej.

– Jest cała, panie Reg! – zawołała Lily, poklepując go po ramieniu.

Pan Reg podszedł bliżej, wciąż z trudem łapiąc oddech.

– Myślałem, że ją straciłem… Zszedłem tylko na chwilę po mleko.

– To fala od tamtej wycieczkowej łódki musiała poluzować węzeł – domyśliła się Lily. – Zdarza się.

Antek, dumny jak paw, wypiął pierś.

– Uratowaliśmy ją! No, głównie oni – wskazał na tatę i Lily – ale ja pierwszy zobaczyłem, że płynie!

– To akurat ja pierwszy zauważyłem – sprostował spokojnie Jakub, na co Julka, podchodząc z notesem wciąż pod pachą, tylko się roześmiała.

– Obaj jesteście bohaterami dnia – powiedziała, a Antek natychmiast się z tym zgodził, jakby sam na to wpadł.

Pan Reg, gdy tylko doszedł do siebie, spojrzał na całą gromadkę z wdzięcznością, która nie mieściła mu się w słowach.

– Muszę wam się jakoś odwdzięczyć. Chodźcie, zaparzę herbatę. Wszyscy.

Wnętrze łódki pana Rega okazało się znacznie przytulniejsze, niż ktokolwiek się spodziewał – drewniana boazeria, mały, żeliwny piecyk w rogu, a na każdej półce przedmioty ustawione tak ciasno i pewnie, że żadne kołysanie nie mogło ich strącić.

– Wszystko ma tu swoje miejsce – wyjaśnił pan Reg, zauważając zaciekawione spojrzenie Julki. – Kiedy mieszka się na wodzie, trzeba się tego nauczyć, inaczej rano zbierze się talerze z podłogi zamiast z półki.

– Jak długo pan tu mieszka? – zapytał Jakub, od razu gotowy notować.

– Dwanaście lat. Zimą trzeba szczególnie pilnować węzłów – uśmiechnął się, zerkając w stronę Lily. – Ale na szczęście sąsiedzi na kanale pilnują się nawzajem.

Antek, wychylając się przez małe okienko na dach, gdzie w skrzynkach rosły czerwone pelargonie, mruknął z podziwem:

– To trochę jak mieć ogród, tylko że cały dom pływa.

– A gdzie pan trzyma rzeczy, kiedy jest sztorm? – dopytywał Jakub, rozglądając się po sprytnie zaprojektowanych szufladach wbudowanych pod ławkami.

– Tu, na kanale, sztormów raczej nie ma – roześmiał się pan Reg. – Najwyżej porządny wiatr i fala od przepływającej łódki. Ale zasada jest ta sama, co na prawdziwym statku: wszystko przywiązane, zamknięte albo ciężkie.

Lily, siedząc przy małym stoliku z własnym kubkiem, dolała sobie jeszcze trochę herbaty.

– Pierwszego roku straciłam w ten sposób cały komplet talerzy – przyznała ze śmiechem. – Teraz mam tylko plastikowe.

W pewnym momencie pan Reg odstawił kubek i spojrzał po kolei na każdego z nich.

– Dziękuję – powiedział po prostu. – Naprawdę.

Ręka Julki sama powędrowała w stronę notesu – i zatrzymała się w pół ruchu. Zostawiła go zamkniętego na kolanach. Przez cały dzień szukali „dziękuję” po całym Londynie, a to jedno przyszło samo, bez szukania.

Pili gorącą herbatę, ciasno stłoczeni w małej kabinie, podczas gdy za oknem zapadał już prawdziwy wieczór, a światła łódek wzdłuż kanału odbijały się w wodzie długimi, drżącymi smugami.

Kiedy w końcu wyszli z powrotem na nabrzeże, żeby wrócić do hotelu, noc zdążyła już zapaść na dobre, a latarnie wzdłuż ścieżki rzucały na wodę okrągłe, pomarańczowe plamy światła. Julka przystanęła na chwilę, patrząc na rząd łódek kołyszących się już spokojnie na ciemniejącej wodzie.

– Wiecie co – powiedziała cicho. – Dom pana Rega przez chwilę odpłynął bez niego. A mimo to jakoś wrócił na swoje miejsce.

– Bo mu pomogliście – zauważył tata, kładąc jej rękę na ramieniu.

– Chyba właśnie od tego są sąsiedzi – odparła Julka, patrząc jeszcze raz na łódkę, teraz cicho przycumowaną, na tle zupełnie już ciemnej wody. – Żeby dom wiedział, gdzie wrócić, nawet jeśli na chwilę się zagubi.

Antek, idący kawałek przed nimi, odwrócił się jeszcze raz w stronę kanału i pomachał w stronę łódki pana Rega, jakby żegnał się z kimś, kogo zapamięta na długo.

– Jutro chyba będę musiał zacząć własny zeszyt – mruknął, przyspieszając kroku, żeby dogonić resztę rodziny znikającą już za rogiem ulicy prowadzącej do hotelu.

← Poprzednia bajka Szymańscy w Londynie - Dzień języków Następna bajka → Szymańscy w Londynie – Herbata
Ładowanie komentarzy…
Może spodobają Ci się też

Kolejne bajki do przeczytania

Drużyna Asów – Baseball
Drużyna Asów

Drużyna Asów – Baseball

29 września 2025 Czytaj →
Dinozaury z Wielkiej Skały – Dzień tylko dla Rokiego
Dinozaury z Wielkiej Skały

Dinozaury z Wielkiej Skały – Dzień tylko dla Rokiego

27 września 2025 Czytaj →
Piksel i przytulisko – 6: Światło z drugiej strony krat
Piksel i przytulisko

Piksel i przytulisko – 6: Światło z drugiej strony krat

22 września 2025 Czytaj →
Smoczy strażnik – 4: Okruszki mocy
Smoczy Strażnik

Smoczy strażnik – 4: Okruszki mocy

20 września 2025 Czytaj →