Przy hotelowym stoliku pachniało grzankami i herbatą, a mama, przewijając coś w telefonie, nagle uniosła wzrok znad ekranu.
– Wiecie, że dziś jest Europejski Dzień Języków? – powiedziała, odkładając telefon. – Ludzie na całym kontynencie mówią dziś specjalnie o tym, jak wiele różnych języków istnieje wokół nas.
Julka odłożyła widelec, a w jej oczach pojawił się ten szczególny błysk, jaki miała zawsze, gdy wpadała na pomysł warty natychmiastowego zapisania.
– To może dziś zbierzmy wszystkie „dziękuję”, jakie tylko się da? Nie z książki, tylko naprawdę usłyszane! – Zastanowiła się przez chwilę. – Cel: co najmniej dziesięć. Okrągła dziesiątka.
– Trzeba by komuś w czymś pomóc, żeby usłyszeć prawdziwe dziękuję – zauważył Jakub, już wyciągając z plecaka mały notes.
– To będzie łatwe – oznajmił Antek z pełnym przekonaniem. – Ja umiem być pomocny na zawołanie.
I tak, zanim jeszcze skończyli śniadanie, misja dnia była już ustalona.
W drodze do Camden Market usłyszeli targ na długo przed tym, jak go zobaczyli – gwar rozmów, brzdąkanie gitary jakiegoś ulicznego grajka, zapach smażonych naleśników mieszający się z wonią curry i pieczonych orzeszków. Między straganami płynął tłum ludzi mówiących chyba wszystkimi językami świata i to w dodatku naraz.
– To musi być najlepsze miejsce na świecie, żeby zebrać naszą kolekcję – szepnęła Julka, otwierając notes na pierwszej czystej stronie.
Pierwsza okazja pojawiła się szybko. Przy straganie z tajskim jedzeniem sprzedawca upuścił dużą chochlę prosto pod stopy przechodniów. Antek, szybszy niż ktokolwiek inny, rzucił się po nią i podał mu ją z powrotem.
– Khop khun – powiedział mężczyzna z uśmiechem, kłaniając się lekko.
– Khop khun! – powtórzyła Julka, zapisując słowo fonetycznie w notesie i dopisując obok: „Tajlandia, stragan z jedzeniem, godzina jedenasta”.
Kawałek dalej, przy straganie pełnym kolorowych korali i bransoletek, kilka sznurów akurat się rozsypało na blat. Julka, nie czekając na zaproszenie, zaczęła pomagać je poukładać z powrotem.
– Gracias, muchas gracias – powiedziała sprzedawczyni, zakładając włosy za ucho i uśmiechając się szeroko.
– Drugie! – Antek podniósł triumfalnie dwa palce.
Nieopodal grał na skrzypcach uliczny muzyk, a jedna z monet z leżącego przed nim kapelusza potoczyła się w stronę Jakuba, który podniósł ją i wrzucił z powrotem.
– Merci – powiedział grajek, nie przerywając gry.
Julka dopisała francuskie „merci” do listy.
W kolejce po jedzenie rodzina przepuściła kobietę z małym dzieckiem na rękach, która z wdzięcznością powiedziała coś, co zabrzmiało znajomo, a jednak inaczej.
– Diakuju – powtórzył cicho Jakub, próbując zapamiętać brzmienie. – To chyba ukraińskie. Prawie jak nasze „dziękuję”, tylko troszkę inaczej poskładane.
– Bo to język podobny do polskiego – wyjaśnił tata, zerkając mu przez ramię do notesu. – Oba wywodzą się z tej samej, dużej rodziny języków słowiańskich. Dlatego tyle słów brzmi znajomo, nawet jeśli nigdy wcześniej ich nie słyszeliście.
Jakub natychmiast zaczął rysować w notesie coś w rodzaju drzewa, z gałęziami podpisanymi „słowiańskie”, „romańskie” i „inne”, wpisując w odpowiednie miejsca zebrane dotąd słowa.
Po chwili Antek, wyraźnie zniecierpliwiony brakiem nowych okazji, zaczął rozglądać się gorączkowo na wszystkie strony, aż w końcu, gdy nikt akurat nie potrzebował żadnej pomocy, stanął demonstracyjnie z boku przy wejściu do straganu, machając ręką w stronę zupełnie przypadkowego przechodnia.
– Proszę, proszę, ja przepuszczam! – ogłosił donośnie.
Mężczyzna, który wcale nie zamierzał tamtędy przechodzić, spojrzał na niego z uprzejmym zdziwieniem i po prostu poszedł dalej swoją drogą, nie mówiąc ani słowa.
– To się nie liczy – zachichotała Julka. – Musisz poczekać na prawdziwą okazję, a nie ją produkować na siłę.
Antek westchnął ciężko, ale po chwili sam się roześmiał z własnej desperacji.
A potem, kiedy już przestał ich szukać, okazje zaczęły przychodzić same.
Pan z wielkim aparatem krążył przy muralu, próbując ustawić zdjęcie tak, żeby zmieścić się na nim razem z całym malowidłem. Jakub bez słowa wyciągnął rękę po aparat i zrobił mu zdjęcie z odpowiedniej odległości.
– Danke schön! – ucieszył się mężczyzna, oglądając efekt.
Przy wózku z lodami osa uparcie krążyła nad tacą z gałkami. Antek zauważył to pierwszy i odgonił ją czapką – tym razem nikomu tego nie ogłaszając.
– Grazie mille – powiedziała sprzedawczyni, a Antek tylko wzruszył ramionami, jakby to była najzwyklejsza rzecz pod słońcem.
Julka wskazała drogę do metra rodzinie turystów, która obracała mapę we wszystkie strony. Mama przytrzymała drzwi kobiecie wjeżdżającej wózkiem do kawiarni. Tata podniósł szalik, który zsunął się komuś z ramienia przy stoisku z płytami.
– Arigatō. Thank you so much. Obrigada – wyliczał Jakub, dopisując kolejne wpisy, ledwo nadążając za piórem.
Kiedy słońce zaczęło już chylić się ku zachodowi, rodzina skierowała się w stronę Regent’s Canal, gdzie targ ustępował miejsca spokojniejszej promenadzie nad wodą, pełnej kolorowych łódek zacumowanych wzdłuż brzegu.
– Mamy już dziewięć różnych dziękuję – podliczył Jakub, przeglądając notes. – Tajski, hiszpański, francuski, ukraiński, niemiecki, włoski, japoński, portugalski, no i angielski.
– Tylko jednego brakuje do okrągłej dziesiątki – zauważyła Julka z lekkim rozczarowaniem.
W tym samym momencie, znad kanału, nadleciał nagły, silny podmuch wiatru. Zerwał tacie kapelusz z głowy i poniósł go kilka kroków w bok, prosto pod nogi mamy, która błyskawicznie się schyliła i złapała go, zanim wpadł do wody.
– Proszę – powiedziała, otrzepując kapelusz i podając mu go z powrotem.
– O, dziękuję! – rzucił tata odruchowo, wciskając kapelusz głębiej na głowę.
Julka, Jakub i Antek zamarli w pół gestu, po czym wybuchnęli głośnym śmiechem.
– Przez cały dzień szukaliśmy dziękuję po całym świecie – jęknęła Julka, chwytając się za głowę – a zapomnieliśmy zapisać nasze własne!
Jakub, śmiejąc się, natychmiast dopisał w notesie: „polski – dziękuję – nad Regent’s Canal, od taty do mamy, za złapany kapelusz”. A potem przewrócił stronę na rysunek drzewa i wpisał je na gałęzi słowiańskiej, tuż obok ukraińskiego „diakuju”. Obok postawił małą, dumną gwiazdkę – dziesiąty wpis dnia.
Cała piątka usiadła na ławce nad kanałem, patrząc, jak zachodzące słońce złoci powierzchnię wody i barwne dachy łódek mieszkalnych kołyszących się cicho przy brzegu. Julka przeglądała notes od początku, czytając na głos każde zebrane słowo, a rodzeństwo przy każdym przypominało sobie scenkę, w której je usłyszeli.
– To jeszcze nie koniec tego notesu – oznajmiła w końcu Julka, zamykając go z satysfakcją. – Będziemy dopisywać dalej, nawet jak wrócimy do domu.
– Zwłaszcza że pewnie usłyszymy jeszcze niejedno dziękuję, zanim ten dzień się skończy – dodał tata, poprawiając kapelusz, który wiatr wciąż próbował mu zerwać.
Antek pokiwał głową z powagą, patrząc na wodę.
– Fajnie, że wszystkie znaczą to samo, mimo że brzmią zupełnie inaczej.
Nad Regent’s Canal zapadał powoli wieczór, a woda niosła ze sobą cichy plusk i odległe dźwięki targu dogasającego za plecami rodziny – tyle różnych słów, tyle różnych głosów, a wszystkie mówiące dokładnie to samo: że wdzięczność jest jedynym językiem, którego nikt nigdy nie musiał się uczyć.
