South Bank tętniło życiem – zapach frytek z pobliskiej budki mieszał się z zapachem rzeki, gdzieś w tle brzdąkała gitara ulicznego muzyka, a tłum spacerowiczów płynął leniwie wzdłuż nabrzeża, jakby nikomu nigdzie się nie spieszyło. Nad głowami krążyły mewy, a w dole, po drugiej stronie Tamizy, majaczyła sylwetka Big Bena, tego samego, którego odwiedzili poprzedniego dnia.
– Mamy mnóstwo czasu – powiedział tata, zerkając na zegarek, z tą swobodą człowieka przekonanego, że plan dnia jest pod pełną kontrolą. – Bilety na koło mamy dopiero za godzinę i dwadzieścia minut.
Julka i Jakub, mijając stragan z używanymi książkami, przystanęli jak na komendę.
– Tylko chwilkę – powiedziała Julka, już przerzucając kartki jakiejś pięknie oprawionej powieści o zaginionym statku.
– Ja tylko sprawdzę, czy mają coś o kosmosie – dodał Jakub, sięgając po kolejny tom z półki uginającej się pod ciężarem starych okładek.
„Chwilka” rozciągnęła się w dłuższą chwilę, potem w jeszcze dłuższą, wypełnioną szeleszczeniem kartek i cichymi okrzykami zachwytu nad kolejną znalezioną książką, aż w końcu tata spojrzał ponownie na zegarek i poczuł, jak serce podskakuje mu nieprzyjemnie.
– Zostało nam trzydzieści minut, a jesteśmy jeszcze daleko od wejścia! – zawołał, odkładając za Julkę książkę, którą już prawie kupiła. – Musimy biec!
Cała piątka ruszyła szybkim marszem, przechodzącym z każdą chwilą w coraz szybszy bieg, lawirując między spacerowiczami, wózkami i psami na smyczach. Plecak Jakuba podskakiwał mu na plecach w rytm kroków, a Antek, biegnąc, próbował jednocześnie zerkać na wszystko dookoła, przez co dwukrotnie omal nie wpadł na lampę.
Nie zdążyli przebiec nawet stu metrów, kiedy natrafili na pierwszą przeszkodę – wąskie przejście na promenadzie zablokowane przez tłum turystów zebranych wokół złotej, nieruchomej postaci, wyglądającej jak żywy pomnik jakiegoś dawno zapomnianego króla.
– Zobaczcie, on się w ogóle nie rusza! – Antek zwolnił, mimo desperackich gestów taty, żeby biec dalej.
Dokładnie w tym momencie pomnik ożył, unosząc rękę w powolnym, teatralnym geście prosto w stronę Antka, który aż podskoczył z wrażenia, wywołując śmiech całego tłumu.
– ON ŻYJE! – wrzasnął, po czym, ku uldze reszty rodziny, wreszcie dał się pociągnąć dalej, ciągle jeszcze oglądając się przez ramię.
– Mamy już tylko piętnaście minut – wysapał Jakub, spoglądając na zegarek taty.
Kolejną przeszkodą okazał się skatepark pod estakadą, pełen kolorowych graffiti i deskorolkowców śmigających w górę i w dół betonowych ramp, z głośną muzyką dudniącą z czyjegoś głośnika. Rodzina musiała przejść samym jego skrajem, uważając, żeby nikt na nich nie wjechał.
– Patrzcie co on robi w powietrzu! – Jakub przystanął, zachwycony, ale Julka złapała go za rękaw kurtki i pociągnęła zdecydowanie dalej.
– Podziwiać będziesz jutro. Teraz biegniemy.
Kilkanaście sekund później minęli stragan z książkami podobny do tego przy którym wcześniej ugrzęźli. Tata rzucił w jego stronę spojrzenie pełne obawy, ale zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, Julka, nie zwalniając kroku, tylko pokręciła głową.
– Nawet nie patrzę – rzuciła, sama zaskoczona własną stanowczością i pobiegła dalej, choć kątem oka zdążyła jeszcze zerknąć na kilka okładek.
– Osiem minut – oznajmił Jakub, dysząc coraz mocniej, z zeszytem trzymanym oburącz, żeby nie wypadł mu z rozpiętego plecaka.
I rzeczywiście – kiedy w końcu dotarli w pobliże wielkiego koła, okazało się, że kolejka do wejścia jest znacznie dłuższa, niż ktokolwiek się spodziewał, wijąc się między metalowymi barierkami jak wąż. Jakub, biegnąc wzdłuż niej, próbował na głos liczyć osoby przed nimi, mylił się, zaczynał od nowa, a mama tylko powtarzała: „Idziemy, idziemy, nie zatrzymujemy się".
– Sześć minut, a przed nami chyba ze czterdzieści osób! – wykrzyknął Jakub, jakby ogłaszał wynik jakiegoś ważnego obliczenia.
– To wystarczy, jeśli kolejka będzie się ruszać – odparła mama, choć w jej głosie pobrzmiewała nutka niepewności, której starała się nie zdradzić dzieciom.
Dotarli do samej bramki dokładnie w chwili, gdy zegarek taty pokazywał czas rezerwacji co do minuty. Pracownik przy wejściu spojrzał na bilety, potem na zdyszaną, czerwoną na twarzach piątkę, z rozczochranymi włosami i plecakami zsuwającymi się z ramion, i przez sekundę – jedną, okropnie długą sekundę – nic nie powiedział.
Antek wstrzymał oddech. Julka ścisnęła rękę mamy. Nawet Jakub, który zwykle miał na wszystko jakąś teorię, w tym jednym momencie nie potrafił nic wymyślić.
W końcu pracownik uśmiechnął się szeroko i machnął ręką w stronę wejścia.
– Proszę bardzo. Ostatnia kapsuła na tę godzinę.
Cała rodzina wybuchnęła śmiechem – tym specyficznym, ulgowym śmiechem, jaki przychodzi zawsze chwilę po tym, jak napięcie nagle znika, tak głośnym, że kilka osób w kolejce obok odwróciło się z uśmiechem w ich stronę.
– Nigdy więcej książek przed ważnym wydarzeniem – wysapał tata, kładąc ręce na kolanach, żeby złapać oddech.
– Ale znalazłem świetną książkę o kosmosie – zauważył Jakub, wciąż dysząc, na co wszyscy roześmiali się jeszcze mocniej, wchodząc do przeszklonej kapsuły.
Drzwi kapsuły zamknęły się z cichym sykiem, a koło zaczęło się obracać – tak wolno i łagodnie, że trudno było uchwycić moment, w którym ziemia zaczęła się oddalać. Po całym pościgu sprzed chwili ta powolność wydawała się wręcz niesamowita, jakby czas nagle zwolnił specjalnie dla nich.
Antek natychmiast przykleił się do szyby.
– Widać stąd wszystko!
Jakub, wciąż lekko zdyszany, wyjął zeszyt i zaczął rozglądać się uważnie po panoramie rozciągającej się w dole.
– Tam! To musi być wieża zegarowa! – Wskazał palcem w stronę zupełnie innej budowli niż Big Ben.
– To jest komin elektrowni – poprawiła go spokojnie mama.
– No dobrze, ale tam, dalej, to na pewno most, po którym wczoraj szliśmy – spróbował ponownie, tym razem trafniej, chociaż i tak wskazał most sąsiedni.
Julka nie brała udziału w tej zabawie. Siedziała cicho przy oknie, z notatnikiem na kolanach, rysując linię rzeki, sylwetki budynków i samo koło, którym akurat jechali – od czasu do czasu zerkając w dół, żeby coś poprawić, ale w większości pracując z pamięci, jakby całe miasto zdążyła już zapamiętać na tyle dobrze, by je odtworzyć bez patrzenia.
– A ty nic nie mówisz – zauważył w pewnym momencie Antek, odrywając się na chwilę od szyby.
– Ja rysuję to, co wy mówicie – odparła Julka, nie podnosząc wzroku znad kartki, i rzeczywiście, w rogu szkicu widniała już mała, pospieszna kreska przypominająca komin elektrowni, który Jakub przed chwilą pomylił z Big Benem.
Kapsuła wznosiła się coraz wyżej, a rozmowa rodzeństwa powoli cichła, w miarę jak widok robił się coraz szerszy – już nie pojedyncze budynki, ale całe dzielnice, cała rzeka, całe miasto rozciągające się aż po horyzont, gdzie niebo i dachy zlewały się w jedną, niebieską smugę.
Kiedy kapsuła osiągnęła najwyższy punkt trasy, w środku zapadła nagła, naturalna cisza. Nikt nic nie mówił. Antek przestał wskazywać palcem, Jakub przestał nazywać budynki, a nawet Julka na chwilę odłożyła ołówek, patrząc razem z resztą na miasto w dole – ogromne, obce jeszcze kilka dni temu, a teraz jakby trochę bardziej ich.
W drodze w dół Julka w końcu odwróciła notatnik, pokazując rodzeństwu i rodzicom swój rysunek. Oprócz panoramy i koła, w rogach kartki widniały drobne, symboliczne szkice – samolot, czerwony piętrowy autobus, dwie stopy na linii południka, parasol pod mostem, szkielet wieloryba, a w samym rogu – maleńka, pospiesznie narysowana złota postać.
– To dzisiejsza pogoń – wyjaśniła z uśmiechem. – Rysowałam to, kiedy Jakub próbował znaleźć Big Bena.
– To ja rozpoznałem prawie wszystko! – zaprotestował Jakub.
– Prawie – zaśmiała się Julka.
– Następnym razem to ja będę pilnował czasu – oznajmił Antek z pełną powagą. – Mnie by żaden złoty posąg nie zatrzymał.
– Właśnie ciebie zatrzymałaby najbardziej – zauważyła mama, na co cała rodzina wybuchnęła śmiechem po raz kolejny tego dnia.
Kiedy kapsuła dotknęła w końcu ziemi, a oni wysiedli w łagodne, popołudniowe słońce, tata schował rysunek Julki ostrożnie do plecaka, obok pocztówki z wielorybem i zdjęcia sprzed tunelu, dbając, żeby kartka się nie pogniotła.
– Ściana wspomnień rośnie, chyba zabraknie nam na to wszystko miejsca na lodówce – powiedział z uśmiechem, zerkając jeszcze raz na wystający róg rysunku.
A wielkie koło za ich plecami wciąż obracało się powoli, unosząc w górę kolejnych ludzi, jakby chciało im przypomnieć, że czasem trzeba się trochę zgubić i pogonić przez całe miasto, żeby później móc się w pełni zatrzymać.
