Powietrze nad Tamizą pachniało jeszcze zwykłym, popołudniowym chłodem, kiedy nagle, zupełnie znienacka, dobiegł do nich ten charakterystyczny, metaliczny zapach zapowiadający deszcz. Chwilę później pierwsze krople zabębniły o chodnik, najpierw pojedyncze, potem coraz gęstsze, aż w końcu zlały się w równy, miarowy szum, który zagłuszył nawet plusk rzeki płynącej tuż obok.
– Deszcz! – zawołała Julka, unosząc twarz ku niebu z wyraźną radością, zamiast chować się pod najbliższy dach. – Parasole, szybko!
Rodzina, wędrująca dotąd spokojnym spacerem wzdłuż nabrzeża, zatrzymała się na chwilę, żeby wyciągnąć z plecaków parasole: żółty, w duże czerwone kropki, niebieski w paski i jeden czarny, należący do taty. Kiedy Antek otwierał swój parasol nagły powiew wiatru na moment wywrócił go na drugą stronę.
– On się buntuje! – zaśmiał się Antek, mocując się z parasolem, aż w końcu, z triumfalnym okrzykiem, udało mu się przywrócić go do właściwego kształtu.
– Może po prostu nie lubi deszczu tak bardzo jak ty – zauważyła Julka, otwierając swój bez żadnych problemów.
– Nikt nie może nie lubić takiego deszczu – odparł Antek z pełnym przekonaniem, patrząc, jak krople rozbijają się o powierzchnię Tamizy, tworząc setki maleńkich kręgów, które zaraz znikały pod kolejnymi.
Ruszyli dalej, w stronę wieży zegarowej, która przez zasłonę deszczu wyglądała jak namalowana akwarelą.
Antek, nie potrafił oprzeć się pierwszej większej kałuży na swojej drodze. Rozpędził się i skoczył w nią z zapałem, wzbijając fontannę wody i o mały włos nie wywracając się.
– Poziom trudności: ekspert – zachichotała Julka. – Ale lądowanie do poprawy.
– To była taktyka – bronił się Antek, otrzepując mokre spodnie i śmiejąc się razem z nią.
Julka szła teraz wolniej, rozglądając się z zachwytem po mokrym chodniku, na którym odbijały się kolorowe plamy parasoli mijanych przechodniów – żółte, czerwone, niebieskie kropki tańczące w kałużach, jakby ktoś rozlał na ziemi całą paletę farb.
– Wygląda, jakby ulica sama się malowała – powiedziała cicho pod nosem.
Im bliżej byli wieży, tym wyraźniej, mimo szumu deszczu, dało się słyszeć w oddali głębokie, stłumione dudnienie – jakby ktoś uderzał w wielki, niewidzialny bęben gdzieś za zasłoną chmur.
– Słyszycie to? – Jakub przystanął, przechylając głowę. – To chyba zegar. Ale skąd on jest słyszalny aż stąd, z tak daleka?
– Dobre pytanie – odparł tata, spoglądając na rzekę płynącą obok nich. – Dźwięk lubi gładkie powierzchnie. Nad wodą nie ma budynków ani drzew, które by go rozpraszały, więc niesie się dalej i wyraźniej, prawie jakby płynął po rzece razem z prądem.
– Czyli rzeka jest jak autostrada dla dźwięku – podsumował Jakub, natychmiast zapisując to zdanie w zeszycie, osłaniając się przed deszczem kurtką.
W tym samym momencie doszli do miejsca, z którego Big Ben był już widoczny w całej okazałości – wielki, kamienny, z tarczą zegara ledwo widoczną przez mgłę deszczu. I wtedy, dokładnie w tej samej chwili, rozległo się pierwsze, potężne uderzenie.
Rodzina zatrzymała się jak na komendę.
– Liczymy! – krzyknęła Julka, unosząc rękę z jednym palcem w górze.
– Jeden! – zawołali razem, gdy dźwięk przetoczył się nad wodą.
– Dwa!
– Trzy!
Antek liczył głośniej niż wszyscy, podskakując przy każdym uderzeniu, jakby sam chciał nadać rytm dzwonowi. Nawet Jakub, zwykle bardziej powściągliwy, krzyczał razem z resztą, z zeszytem przyciśniętym do piersi, żeby nie zamókł.
– Cztery! Pięć!
Obok nich przystanęło jeszcze kilku innych przechodniów, także wpatrzonych w Big Bena, jakby dźwięk dzwonu miał moc zatrzymywania w miejscu każdego, kto go usłyszał – nieznajomi ludzie, mokrzy od deszczu, przez chwilę liczący razem, choć nikt nikogo o to nie prosił.
Deszcz kapał z parasoli prosto na buty, ale nikt nie zwracał na to uwagi. Wszyscy byli wpatrzeni w wieżę, jakby dźwięk, który z niej płynął, można było zobaczyć.
Kiedy zabrzmiało ostatnie uderzenie, nad nabrzeżem zapadła nagła, gęsta cisza, w którą wsiąkał już tylko szum deszczu i odległy plusk fal o kamienny brzeg.
Tata uśmiechnął się tajemniczo, otrzepując parasol.
– Wiecie co – powiedział – znam stąd niedaleko jedno naprawdę specjalne miejsce na zdjęcie. Chodźcie za mną.
– Jakie miejsce? – dopytywał od razu Antek, podskakując z ciekawości.
– Zobaczycie – odparł tata z tym samym tajemniczym uśmiechem, ruszając w stronę mostu.
– Tata nigdy nic nie zdradza wcześniej – westchnęła Julka, ale w jej głosie było więcej ekscytacji niż narzekania, i już po chwili biegła, żeby dotrzymać mu kroku.
Przeszli przez most Westminster, mijając kolejne latarnie, których światło zaczynało się już odbijać w mokrej nawierzchni, mimo że było dopiero popołudnie. Pod stopami czuli lekkie drżenie mostu za każdym razem, gdy przejeżdżał nim czerwony, piętrowy autobus, a w dole, przez metalową poręcz, widać było Tamizę, teraz całą w drobnych, deszczowych zmarszczkach.
– Popatrzcie, jak nisko lecą te ptaki – powiedziała Julka, wskazując na mewy sunące tuż nad wodą, jakby ścigały się z prądem rzeki.
Z góry mostu wieża zegarowa Big Bena wyglądała zupełnie inaczej niż z nabrzeża – bliżej, potężniej, jakby rosła prosto z chodnika.
– Tu jesteśmy prawie pod nią – zauważyła Julka, zadzierając głowę tak mocno, że kaptur zsunął jej się z głowy, wpuszczając na twarz kilka kropli deszczu.
Po drugiej stronie mostu tata skręcił w dół, w stronę niepozornego przejścia biegnącego pod samym mostem – tunelu, do którego prowadziły niewielkie schodki. Gdy tylko weszli do środka, deszcz nagle ucichł, zastąpiony przez inny dźwięk – echo ich własnych kroków, odbijające się od kamiennych ścian i sklepienia.
– Ojej – szepnął Jakub, słuchając, jak jego głos wraca do niego zwielokrotniony. – Tu jest zupełnie inaczej niż nad rzeką. I jak głośniej!
– Bo tu dźwięk odbija się od ścian, zamiast płynąć po wodzie – zauważyła mama. – To samo zjawisko, tylko inaczej się zachowuje.
Przez wylot tunelu, dokładnie na wprost, widać było wieżę zegarową, oprawioną jak w ramę – wysoką, wyraźną, z pierwszymi światłami zapalającymi się już na jej szczycie w gęstniejącym, szarym powietrzu.
– To jest to miejsce – powiedział tata z satysfakcją. – Najlepszy kadr w całym Londynie, a mało kto o nim wie.
Julka natychmiast przejęła dowodzenie.
– Antek, ty na środku. Jakub, trochę bliżej mamy.
– A kto zrobi jedno z tobą? – spytał Antek, przekrzywiając głowę.
– Ja się przecież tym zajmuję, więc mnie na zdjęciach nie trzeba – odparła Julka z wyższością reżysera, który nie ma czasu na pozowanie.
Pierwsza próba się nie udała, bo Antek akurat mrugnął. Druga – bo Julka, ustawiając wszystkich, sama nie zdążyła wejść w kadr i musieli robić wszystko od nowa. Przy trzeciej próbie Antek poprosił przechodnia o zrobienie im wspólnego zdjęcia i dokładnie wytłumaczył, który przycisk trzeba nacisnąć.
Jakub zaczął się śmiać z całej sytuacji, bo echo tunelu powtórzyło jego śmiech z opóźnieniem, co rozśmieszyło resztę na tyle, że zdjęcie wyszło zupełnie inne, niż planowali. Wszyscy w środku szczerego, żywiołowego śmiechu, z Big Benem w tle.
– To jest to – stwierdziła mama, przeglądając zdjęcia na wyświetlaczu aparatu. – Lepsze niż gdybyśmy wszyscy stali sztywno i uśmiechali się do zdjęcia.
Kiedy wyszli z powrotem na deszcz, który zdążył już nieco zelżeć, cała piątka szła przez chwilę w milczeniu, każde zatopione we własnych myślach o mijającym dniu.
– Ten dzień miał zacząć się od deszczu, który miał nam wszystko zepsuć – powiedziała w końcu Julka – a chyba jest jednym z najlepszych tutaj.
– To zdjęcie powinniśmy wydrukować i powiesić w domu, na korytarzu – zaproponował Antek. – Obok tego z lotniska.
– I obok tego znad Greenwich, gdzie skakaliśmy między półkulami – dodał Jakub, przypominając sobie poprzedni dzień.
– Cała ściana londyńskich wspomnień – zauważyła mama z uśmiechem. – Będzie trzeba dokupić więcej ramek.
– Zgoda – powiedział tata, obejmując całą trójkę ramieniem.
Za nimi, w oddali, Big Ben wciąż stał ponad miastem, cierpliwie odmierzając kolejne minuty, jakby wiedział, że dźwięk, który wysyła nad wodę, i obraz zatrzymany w jednym kadrze, robią właściwie to samo – sprawiają, że chwila trwa dłużej, niż trwa naprawdę.
