Przed Pałacem Buckingham panował chłodny, szary poranek, a powietrze pachniało wilgotnym kamieniem i kawą z pobliskiej kawiarni. Tłum turystów gromadził się powoli wzdłuż złoconego ogrodzenia, ktoś rozkładał parasolkę na wszelki wypadek, ktoś inny podnosił dziecko na ramiona, żeby lepiej widziało. Gdzieś w oddali, jeszcze niewyraźnie, dało się słyszeć pierwsze uderzenia werbla.
Rodzina Szymańskich zdobyła całkiem niezłe miejsce przy samym ogrodzeniu, tuż naprzeciwko wartowni.
– Patrzcie – szepnęła Julka, wskazując brodą. – On się w ogóle nie rusza.
Rzeczywiście, po drugiej stronie ogrodzenia, w wielkiej czarnej czapie z niedźwiedziego futra i w szkarłatnym mundurze, stał strażnik. Nieruchomy jak posąg, z karabinem przy nodze, patrzący gdzieś przed siebie, w punkt, który zdawał się być o wiele dalej niż plac przed pałacem.
Antek przyglądał mu się przez chwilę z narastającą fascynacją.
– Założę się, że go rozśmieszę – oznajmił w końcu, z pełnym przekonaniem człowieka, który właśnie wymyślił najlepszy plan świata.
– Niemożliwe – odparła Julka, unosząc brew. – Oni są szkoleni. Podobno mają na nic nie reagować.
– To dopiero wyzwanie – mruknął Antek, już podwijając rękawy bluzy.
Pierwsza próba była prosta – szeroki, przesadny uśmiech i pomachanie ręką. Strażnik nawet nie drgnął.
– Poziom pierwszy: machanie. Bez powodzenia – zameldowała Julka, jakby prowadziła oficjalny raport z bitwy.
Antek nie dał za wygraną. Zrobił śmieszną minę, wydymając policzki jak balon, potem drugą, marszcząc nos jak królik. Strażnik patrzył dalej przed siebie, jakby Antek w ogóle nie istniał.
– Poziom drugi: miny. Bez powodzenia – kontynuowała Julka, z trudem powstrzymując własny śmiech.
Jakub tymczasem, zamiast dołączać do prób brata, obserwował całą sytuację z boku, z zeszytem w ręku.
– Od czterech minut nie widziałem, żeby mrugnął – oznajmił z powagą naukowca. – Chyba że robi to bardzo szybko, kiedy nikt nie patrzy.
– Może w ogóle nie wolno im mrugać – zasugerował Antek, nie odrywając wzroku od strażnika.
– To by było niemożliwe fizjologicznie – odparł Jakub. – Oko musi być nawilżane, inaczej zaczyna szczypać. Raczej robią to w idealnym momencie, kiedy nikt nie patrzy.
Antek zamyślił się nad tym przez chwilę, po czym wrócił do swoich prób. Wymyślił zabawny, przesadnie dostojny ukłon, jakby sam był królem witającym swojego poddanego, z szerokim gestem ręki i głębokim skłonem. Kilku turystów obok roześmiało się głośno – ale nie strażnik.
– Poziom trzeci: królewski ukłon. Publiczność zachwycona, cel niewzruszony – podsumowała Julka, klaszcząc bratu z udawaną powagą.
W pewnym momencie werble zabrzmiały głośniej, tłum lekko się poruszył, a od strony bramy nadeszła orkiestra wojskowa, prowadząc kolejnych strażników w idealnie równym szyku. Rozpoczęła się zmiana warty -, komendy wykrzykiwane donośnym głosem, precyzyjne, jednakowe ruchy całego oddziału, które sprawiały wrażenie jednego wielkiego, dobrze naoliwionego mechanizmu. Błyszczące guziki mundurów łapały blade słońce, a bęben wybijał rytm tak równy, że nawet Julka mimowolnie zaczęła kiwać głową w takt.
Cała rodzina patrzyła w milczeniu, zafascynowana rytmem kroków i błyskiem instrumentów. Nawet Antek na chwilę zapomniał o swoim wyzwaniu, zahipnotyzowany widokiem – dopiero gdy ostatni strażnik zniknął za bramą, a orkiestra ucichła, przypomniał sobie, po co tu w ogóle stoi.
Kiedy ceremonia dobiegła końca i nowy strażnik zajął miejsce na posterunku, Antek otrząsnął się i spojrzał na niego z nowym zapałem.
– Nowa runda! – oznajmił.
Tym razem spróbował zabawnego tańca, podskakując na jednej nodze, potem udawał, że jest robotem, poruszając się sztywno i wydając ciche, mechaniczne dźwięki. Julka, wciągnięta już w całą zabawę, podpowiadała mu kolejne pomysły.
– Spróbuj machać jak ptak!
– Spróbuj chodzić jak kaczka!
Antek próbował wszystkiego, co przyszło im do głowy – z coraz większym zaangażowaniem, ale i z coraz większą zadyszką. Strażnik jednak, przez cały czas, stał dokładnie tak samo: prosto, nieruchomo, z twarzą całkowicie spokojną, jakby był częścią samego pałacu.
W końcu Antek usiadł na chwilę na niskim murku, żeby złapać oddech, i po raz pierwszy przyjrzał się strażnikowi nie jak przeciwnikowi do pokonania.
Z tej bliższej, spokojniejszej perspektywy dostrzegł coś, czego wcześniej nie zauważył: napięte, ale opanowane mięśnie twarzy, lekko zmrużone od skupienia oczy, drobne krople potu na czole mimo chłodnego powietrza. To nie była nuda. To było coś zupełnie innego – ogromne, ciche skupienie, jakby cały świat wokół strażnika po prostu przestał istnieć.
Antek wstał powoli, otrzepał spodnie i, zamiast kolejnej śmiesznej miny, zrobił coś, czego sam po sobie nie spodziewał – wyprostował się, jak potrafił najbardziej, i oddał strażnikowi krótki, poważny, żołnierski salut.
Strażnik, rzecz jasna, nie zareagował. Ale Antkowi to już zupełnie nie przeszkadzało.
– I jak, udało się? – zapytał tata, podchodząc razem z mamą, którzy przez cały czas obserwowali całą scenę z boku, z wyraźnym rozbawieniem.
– Nie – przyznał Antek, ale bez cienia rozczarowania w głosie. – Ale chyba zrozumiałem coś innego.
– Co takiego? – zapytała mama, siadając obok niego na murku.
– Że on wcale nie jest nudny, tylko bardzo, bardzo skupiony. To chyba trudniejsze, niż się wydaje.
Jakub pokiwał głową, zamykając zeszyt.
– Stać zupełnie nieruchomo przez tak długo to musi być trudniejsze niż bieganie.
– Właśnie – powiedziała Julka z namysłem. – To taka inna siła. Nie głośna.
Tata uśmiechnął się i przez chwilę wszyscy stali w milczeniu, patrząc na strażnika, który wciąż trwał na swoim posterunku, dokładnie tak samo spokojny jak na początku.
– Wiecie co – powiedział w końcu Antek. – Zagrajmy wieczorem w hotelu w zabawę „kto dłużej wytrzyma bez śmiechu i ruchu". Jak prawdziwi strażnicy.
– Ja pierwsza spróbuję cię rozśmieszyć – zaśmiała się Julka.
Rodzina powoli ruszyła dalej, zostawiając za sobą plac, tłum i nieruchomą sylwetkę w wielkiej czarnej czapie. A tam, przed pałacem, w samym środku gwaru i śmiechu turystów, wciąż trwała ta sama, niewzruszona cisza.
Komentarze: 0