Ścieżka pod górę, w stronę Greenwich Park, wiła się między starymi drzewami, których liście szumiały na wietrze jak fala rozbijająca się o brzeg. Im wyżej rodzina Szymańskich się wspinała, tym mocniej wiatr smagał ich po twarzach, pachnąc świeżo skoszoną trawą i odrobiną rzecznej wilgoci znad Tamizy.
– Kto pierwszy na szczyt! – krzyknęła Julka i ruszyła biegiem, a za nią natychmiast Antek, wymachując rękami jak wiatrak.
Jakub szedł spokojniejszym krokiem, obserwując po drodze rzeźbę terenu i zapisując coś w zeszycie, jakby cała wyprawa była dla niego jedną wielką ekspedycją naukową.
Kiedy w końcu dotarli na szczyt, ich oczom ukazał się widok, który odebrał im na chwilę mowę - całe miasto rozłożone w dole, Tamiza wijąca się srebrną wstęgą między dachami, a hen za nią maleńkie, połyskujące w słońcu wieżowce centrum.
– Tu jest wyżej niż z samolotu – szepnął Antek, chociaż wszyscy wiedzieli, że to nieprawda.
Na dziedzińcu przy Królewskim Obserwatorium zebrał się spory tłumek ludzi, którzy po kolei stawali w dziwnych, rozkrocznych pozach nad cienką, mosiężną linią wbudowaną w bruk.
– Co oni robią? – zapytała Julka, marszcząc brwi.
Podeszli bliżej i przeczytali tabliczkę obok linii.
– To południk zerowy – przeczytał na głos Jakub, a jego oczy natychmiast rozbłysły tym szczególnym błyskiem, jaki pojawiał się u niego zawsze, gdy coś było połączone z nauką. – Stojąc dokładnie na tej linii, jedną nogą jesteś na półkuli wschodniej, a drugą na zachodniej.
Antek nie czekał na dalsze wyjaśnienia. W mgnieniu oka stanął okrakiem nad linią, unosząc ręce w geście triumfu.
– Jestem jednocześnie na wschodzie i na zachodzie! – ogłosił donośnie.
– Teraz ja! – Julka wskoczyła obok niego, próbując utrzymać równowagę, przeskakując z nogi na nogę. – Czuję, jak ocean mnie łaskocze w pięty!
Nawet Jakub, po chwili wahania, dołączył do zabawy, choć on jeden stanął tak dokładnie i poważnie, jakby sprawdzał, czy linia rzeczywiście przebiega tam, gdzie powinna.
Mama zrobiła kilka zdjęć całej trójki w rozkroku nad linią, a Julka od razu usiadła na murku, żeby naszkicować widok – linię, tłum turystów i miasto rozciągające się w dole.
Po chwili zabawy Jakub spoważniał i usiadł obok rodziców, marszcząc czoło w typowy dla siebie sposób.
– Co to znaczy, że ta linia jest umowna? Ludzie po prostu się umówili, że tu jest zero?
– Dokładnie tak – powiedział tata, siadając obok niego na murku. – Naukowcy musieli wybrać jakiś punkt startowy, od którego liczy się długość geograficzną na całym świecie. Wybrali właśnie to miejsce, w Greenwich.
– Ale skąd w takim razie ludzie wiedzą, która jest godzina w różnych miejscach na świecie? – dopytywał Jakub, marszcząc czoło jeszcze mocniej.
Mama uśmiechnęła się i wskazała ręką na słońce, które chyliło się już powoli w stronę zachodu.
– Ziemia cały czas się obraca. Kiedy u nas jest już popołudnie, po drugiej stronie kuli ziemskiej jest noc. Dlatego ludzie umówili się, że będą liczyć czas od tej właśnie linii w Greenwich – im dalej na wschód, tym godzina jest późniejsza, im dalej na zachód, tym wcześniejsza.
Jakub przez chwilę patrzył przed siebie, jakby układał to sobie w głowie.
– Czyli... pamiętacie, jak w samolocie pytałem, dlaczego w domu był poranek, a tu też, chociaż lecieliśmy jakiś czas?
– Pamiętamy – roześmiał się tata. – Obiecałem ci, że ci na nie odpowiem.
– No to teraz rozumiem – powiedział Jakub z satysfakcją. – W Polsce jest teraz o godzinę później niż tutaj. Nie cały nowy dzień, tylko jedna godzina różnicy, bo Polska leży trochę dalej na wschód.
– A gdybyśmy polecieli na przykład do Nowego Jorku? – zapytała Julka, odrywając wzrok od szkicownika.
– Tam różnica byłaby już dużo większa – wyjaśniła mama. – Kilka godzin. Za to w Tokio byłoby zdecydowanie później.
Antek, który do tej pory słuchał w milczeniu, nagle klasnął w dłonie.
– To znaczy, że teraz w Polsce jest już... – zaczął liczyć na palcach, marszcząc brwi z wysiłkiem, po czym pomylił kierunek i przez chwilę dodawał zamiast odejmować, aż Jakub z uśmiechem poprawił go łagodnie.
– Odejmujesz, nie dodajesz, bo my jesteśmy tu, a oni już mają godzinę do przodu.
– No dobrze, dobrze! – Antek machnął ręką, ale po chwili wykrzyknął z entuzjazmem. – To znaczy, że babcia i dziadek mają teraz dokładnie o godzinę więcej niż my! Możemy zadzwonić i sprawdzić, czy już jedzą kolację!
Pomysł spodobał się całej rodzinie. Tata wyjął telefon i razem z dziećmi policzyli jeszcze raz, tym razem na głos i po kolei, żeby się nie pomylić – u nich w Londynie było wpół do czwartej po południu, więc w Polsce musiało być już wpół do piątej.
– Idealna pora na telefon – stwierdziła mama. – Ani za wcześnie, ani za późno.
Usiedli razem na murku, z widokiem na całe miasto rozciągające się w dole, a tata wybrał numer. Kiedy w słuchawce odezwał się głos babci, cała trójka nachyliła się do telefonu, przekrzykując się nawzajem, żeby opowiedzieć jej o linii południka, o skokach z półkuli na półkulę i o tym, że widać stąd cały Londyn.
Gdy rozmowa dobiegła końca, słońce chyliło się coraz niżej, malując dachy miasta w dole na ciepły, pomarańczowy kolor.
– Wiecie co – powiedział Jakub, chowając telefon do kieszeni taty – to trochę dziwne, że dzieli nas tylko jedna godzina, a jednak czuję się, jakbyśmy byli bardzo, bardzo daleko od domu.
– Blisko czy daleko, czas i tak nas trzyma razem – powiedziała mama, obejmując go ramieniem.
Julka dorysowała w rogu swojego szkicu małe słońce, na wpół ukryte za linią horyzontu, a obok niego strzałkę z podpisem „dom jest tylko godzinę stąd". Antek patrzył jeszcze przez chwilę na miasto w dole, jakby próbował wypatrzyć w oddali dach ich własnego domu, mimo że wiedział, że to niemożliwe.
A nad Greenwich, tam gdzie niewidzialna linia dzieliła świat na wschód i zachód, wiatr niósł ze sobą coś, czego żadna mapa nie potrafiłaby narysować – cichą, niewidzialną nić czasu, która mimo dzielącej ich odległości, wciąż łączyła ich z domem.
