Dinozaury z Wielkiej Skały - Rexi zostaje z tyłu

Dinozaury z Wielkiej Skały - Rexi zostaje z tyłu

Poranek w dolinie pachniał ciepłym kamieniem i świeżymi liśćmi. Słońce dopiero wspinało się nad korony drzew, ale już zdążyło połaskotać wierzchołki traw, które poruszały się jak zielone fale. Z daleka słychać było skrzek ptaków i ciche pluskanie strumienia, a przy samej skale — tupot małych łapek.

Kika pojawiła się pierwsza, jak zwykle. Żółtozielona welociraptorzyca biegła tak szybko, że wiatr robił jej w łuskach małe fale. Raz po raz odbijała się od kamieni, jakby pod stopami miała sprężyny.

– Dziś jest dzień na coś WIELKIEGO! – zawołała, robiąc w powietrzu obrót i lądując idealnie na płaskiej płycie skalnej.

Zaraz za nią nadciągnął Taro. Szaroniebieski triceratops szedł spokojniej, ale z takim skupieniem na pysku, jakby niósł w głowie całe plany na życie.

– Wielkiego? To musi mieć trasę, zasady i metę – oznajmił, a potem wyjął patyk i zaczął rysować na piasku długą linię.

Dono dotarł jako trzeci. Brązowy ankylozaur z pomarańczowymi łatkami przeciągnął się i westchnął z ulgą, kiedy położył brzuch na nagrzanym kamieniu.

– Jeśli to ma być wielkie, to ja proponuję… wielki odpoczynek – mruknął z uśmiechem.

W końcu przyszedł Rexi. Czerwonawy mały tyranozaur wyglądał na pewnego siebie jak zawsze. Podniósł głowę, rozprostował łapy, zaryczał krótko — tak, żeby echo przetoczyło się przez dolinę.

– No! Wreszcie! Co robimy? – zapytał. – Bo jak mamy się bawić, to… ja bym chciał coś, gdzie można być pierwszy.

Kika aż klasnęła łapkami.

– Wyścig! Wyścig do Wielkiego Drzewa! – pisnęła. – Tego, które widać stąd, między dwoma skałami! Tam, gdzie liście są jak parasole!

Taro uniósł patyk.

– Dobrze. Meta będzie przy korzeniu. Trasa: wokół skały, potem przez ścieżkę z kamykami, skręt przy strumieniu i prosto. Bez skracania. – Spojrzał na Rexiego znacząco.

– Bez skracania… – powtórzył Rexi, robiąc minę niewiniątka. – Ja? Nigdy!

Dono uniósł głowę.

– A czy mogę być ostatni już teraz? – zapytał bardzo poważnie.

Kika parsknęła śmiechem.

– Możesz, Dono. Ale i tak pobiegniesz. Choćby dla zasady!

Wszyscy ustawili się na starcie. Taro narysował patykiem linię na ziemi tak mocno, jakby od tej kreski zależało życie całej doliny. Kika podskakiwała, Rexi wiercił się z niecierpliwością, Dono kiwał ogonem w rytm własnego spokoju.

– Na miejsca… – zaczął Taro.

– Gotowi… – dodała Kika, jakby to ona była sędzią, a nie raptorką.

– START! – krzyknęli razem.

Kika wystrzeliła do przodu jak błyskawica. Taro ruszył solidnie, równo, tak jak chodziło się na lekcjach wychowania skalnego. Rexi… ruszył szybko. Naprawdę szybko. Przez pierwsze sekundy nawet był tuż obok Kiki.

Tylko że nagle jego łapa zahaczyła o mały korzeń, którego nie zauważył. To nie było nic wielkiego — taki zwykły, podstępny korzonek. Rexi potknął się, uderzył łapą o kamień, a potem natychmiast podskoczył, jakby nic się nie stało.

– Nic! Nic mi nie jest! – zawołał do siebie, choć nikt go nawet nie pytał.

Kika i Taro byli już dalej. Rexi spróbował ich dogonić, ale… łapa zabolała. Nie tak, żeby upaść. Bardziej tak, jakby ktoś w środku przycisnął ją kamykiem i jeszcze przekręcił.

Rexi zwolnił odrobinkę. Potem jeszcze trochę.

– Ech… to tylko… rozgrzewka – mruknął przez zęby.

Kiedy Kika i Taro dotarli do Wielkiego Drzewa, podskakiwali z radości, śmiali się i łapali oddech w cieniu ogromnych liści.

– Wygrałam! – zawołała Kika, stając na jednym kamieniu jak na podium.

– A ja… byłem drugi… ale zgodnie z planem – powiedział Taro, jakby drugie miejsce było elementem harmonogramu.

Dono dotarł po dłuższej chwili, wcale nie zdyszany.

– Bardzo miło. Polecam tę trasę. Można po drodze podziwiać chmury – oznajmił.

Rexi przyszedł ostatni. Uśmiechał się, ale ten uśmiech był jak liść przyklejony do pyszczka.

– No i? – zapytał głośno. – To był… bieg rozgrzewkowy. Teraz robimy prawdziwy!

Kika spojrzała podejrzliwie.

– Prawdziwszy niż prawdziwy?

– Najprawdziwszy! – Rexi zaryczał krótko, jakby to miało dodać mu siły.

Wrócili na Wielką Skałę. Kika proponowała slalom między kamieniami. Taro wolał bieg z przeszkodami przez powalone gałęzie. Dono, jak Dono, stwierdził, że przeszkody najlepiej omijać.

Rexi próbował dotrzymać im kroku. Na początku nawet udawało się nieźle — podskakiwał, przyspieszał, śmiał się głośno. Tylko że z każdą minutą łapa przypominała mu o sobie coraz mocniej. Rexi zaczął robić przerwy… takie sprytne przerwy.

– O! Patrzcie, jaki kamień! – zawołał nagle, choć kamień wyglądał jak każdy inny.

– Rexi, startujemy! – krzyknęła Kika.

– Już! Już! Tylko… sprawdzę, czy ten kamień nie jest przypadkiem… z kosmosu – odparł, schylając się bardzo powoli.

Potem przy biegu z przeszkodami nagle zatrzymał się przy krzaku.

– Ojej. Chyba mi się… coś w łusce zaklinowało – mruknął.

– W łusce? – zdziwił się Taro. – Przecież ty nie masz łusek.

– No właśnie! To bardzo skomplikowane! – Rexi machnął ogonem i usiadł.

W końcu, gdy Kika i Taro biegli kolejny raz, Rexi po prostu nie ruszył. Został pod drzewem, udając, że mu strasznie zależy na obserwowaniu mrówki.

– Rexi? – zawołała Kika, wracając do niego zdyszana. – Czemu nie biegniesz?

Rexi wzruszył ramionami, choć w środku czuł, jak mu gorąco i zimno naraz.

– Bo… bo mi się nie chce. Nuda. Ile można biegać?

Kika zmrużyła oczy.

– Ty? Nuda? Przecież ty wczoraj ścigałeś własny cień i przegrałeś, a potem się obraziłeś!

– To był… niesprawiedliwy cień – burknął Rexi.

Kika chciała coś powiedzieć, ale w tym momencie Taro zawołał ją do kolejnej rundy. Pobiegła więc, a Rexi został sam.

I wtedy poczuł, jak coś w nim siada ciężko, jak mokry liść na ogonie.

Patrzył, jak Kika skacze, jak Taro biegnie równo, jak śmieją się, przepychają, planują kolejne konkurencje. A on… siedział.

– Co ze mną jest? – pomyślał. – Zawsze biegałem. Zawsze mogłem. Zawsze… byłem w środku. A teraz jestem z tyłu.

Spróbował wstać. Gdy przeniósł ciężar na bolącą łapę, aż syknął.

– Auuu! – wyrwało mu się, zanim zdążył to połknąć.

Przygryzł język, rozejrzał się, czy ktoś słyszał. Na szczęście Kika i Taro byli daleko, zajęci śmiechem. Za to Dono był znacznie bliżej.

Bo Dono nie biegał tak jak inni. Dono raczej obserwował. I gdy coś było nie tak, to widział to szybciej niż ktokolwiek.

Ankylozaur podszedł wolnym krokiem i usiadł obok Rexiego, jakby przypadkiem.

– Fajna mrówka – powiedział, patrząc na ziemię.

– Bardzo… pracowita – mruknął Rexi.

Dono milczał chwilę, a potem odezwał się cicho:

– Rexi, ty nie umiesz udawać.

Rexi wyprostował się.

– Co? Ja? Udaję? Ja… ja nic nie udaję!

Dono uniósł brew.

– Twoja łapa udaje, że ją nie boli. Ale ona też nie jest w tym dobra.

Rexi zamarł. Chciał zaprzeczyć, zaśmiać się, ryknąć i uciec do przodu, jak zawsze. Tylko że łapa znów zabolała.

– Boli – przyznał w końcu, bardzo cicho. – Uderzyłem o korzeń. I… nie chciałem mówić.

– Dlaczego? – zapytał Dono pełen zainteresowania.

Rexi wbił wzrok w ziemię.

– Bo… bo wtedy wyjdzie, że jestem słaby. I że zostaję z tyłu.

Dono poruszył ogonem powoli, jakby układał myśli.

– Wiesz… czasem ktoś zostaje z tyłu, bo coś go boli. A czasem… bo potrzebuje chwili. I to nie znaczy, że jest gorszy.

Rexi parsknął.

– Łatwo ci mówić, Dono. Ty zawsze jesteś spokojny.

– A ty zawsze jesteś głośny – odparł Dono z uśmiechem. – I wiesz co? To też jest przydatne.

Rexi spojrzał na niego podejrzliwie.

– Jak głośność ma mi pomóc biegać?

Dono rozejrzał się po okolicy.

– Nie musi pomóc biegać. Może pomóc… bawić się inaczej. Chodź. Zrobimy zabawę, w której każdy ma swoją mocną stronę. Taką prawdziwą, nie taką na czas.

Rexi zawahał się.

– A Kika i Taro?

– Przyjdą, jak zobaczą, że coś się dzieje. Kika zawsze biegnie do nowej zabawy. A Taro… Taro przyjdzie, bo będzie chciał ustalić zasady – mruknął Dono.

To było tak prawdziwe, że Rexi aż się uśmiechnął.

Dono wymyślił zabawę, którą nazwał „Wyprawą Czterech Śladów”. Brzmiało to trochę poważnie, ale Dono zawsze miał w głowie ogniskowe opowieści i nazwy, które pasowały do przygód.

– Każdy ma zadanie – wyjaśnił, kiedy Kika i Taro wreszcie podbiegli.

– Zadanie? – Kika aż podskoczyła. – Ja chcę zadanie z biegiem!

– Będzie – obiecał Dono. – Ty jesteś zwiadowcą. Biegniesz przodem i sprawdzasz drogę.

– O! To ja mogę! – ucieszyła się Kika.

– Taro jest mapowcem – ciągnął Dono. – Ty zapamiętujesz znaki, kamienie, drzewa. Jakbyśmy wracali, to ty wiesz którędy.

Taro od razu spoważniał.

– Oczywiście. Zrobię nawet mapę w głowie. I drugą na ziemi, gdyby głowa była zajęta – oznajmił.

– Ja będę zbieraczem – dodał Dono. – Będę zbierał rzeczy, które mogą się przydać. Na przykład patyk, liść, kamyk. Nigdy nie wiadomo.

Kika spojrzała na niego podejrzliwie.

– Dono, ty zawsze zbierasz kamyki.

– To się nazywa doświadczenie – odparł spokojnie.

Wszyscy spojrzeli na Rexiego.

Rexi poczuł ukłucie w brzuchu. To był ten moment, kiedy zwykle mówił: „Ja będę pierwszy!” i biegł. Teraz łapa bolała. Ale Dono spojrzał na niego tak, jakby już wiedział.

– Rexi będzie strażnikiem – powiedział Dono. – Jeśli coś nas przestraszy, jeśli będzie potrzebna siła albo… głośny ryk, to on jest od tego.

Rexi mrugnął.

– Strażnikiem? Czyli… mogę ryczeć?

– Nawet powinieneś – stwierdziła Kika z zachwytem. – O! Wreszcie konkurencja, w której Rexi nie musi biegać, tylko straszyć liście!

– Liści się nie straszy – poprawił ją Taro automatycznie. – Liście się… obserwuje.

– To ja będę straszył ptaki! – ucieszył się Rexi. I nagle poczuł coś, czego nie czuł od rana: że jest potrzebny i nie jest gorszy.

Ruszyli ścieżką w stronę małej polanki. Kika zasuwała przodem, wracając co chwilę z raportem.

– Tam jest kałuża, ale mała! Tam jest korzeń, ale da się przeskoczyć! Tam… ojej, tam jest bardzo ładny patyk! – mówiła szybko.

Taro co chwilę przystawał, patrzył na kamienie i mruczał:

– Dwa płaskie głazy jak naleśniki, obok drzewo z rozdwojonym pniem… tak, tak… zapamiętane.

Dono zbierał ekspedycyjne skarby do liściastej torby: kawałek sznura z pnącza, patyk, trzy gładkie kamyki, które wyglądały jak oczy.

Rexi szedł wolniej, bo łapa wciąż bolała, ale nie czuł już tej okropnej samotności. Co chwilę ktoś na niego patrzył, ktoś coś do niego mówił, ktoś był obok.

W pewnym momencie z krzaków wyleciał ptak, robiąc hałas jak dziesięć patyków naraz. Kika podskoczyła.

– Aaa! – pisnęła.

Rexi wyprostował się, nabrał powietrza i wydał ryk, który przeszedł przez dolinę jak grzmot. Ptak zniknął natychmiast.

Kika spojrzała na Rexiego z podziwem.

– Okej. Strażnik działa.

– Działa aż za dobrze – mruknął Taro, bo w jego głowie ryk pewnie zdmuchnął połowę mapy.

Rexi roześmiał się — i dopiero wtedy zauważył, że śmieje się naprawdę, a nie udaje.

Gdy wracali, słońce już było niżej, a dolina zrobiła się złota. Kika przestała gonić czas, Taro przestał mówić o metach, Dono mruczał coś o idealnym dniu.

Rexi szedł w środku, między nimi. To nie była wielka rzecz, ale dla niego znaczyło wszystko.

– Rexi… – odezwała się Kika nagle. – Czemu wcześniej nic nie mówiłeś?

Rexi skrzywił się, jakby miał przyznać się do kradzieży czyjegoś kamienia.

– Bo… nie chciałem, żebyście pomyśleli, że jestem słaby.

Taro spojrzał na niego poważnie.

– Słaby jest ten, kto udaje, że nic się nie dzieje, a potem zostaje sam – powiedział spokojnie. – A ty… nie musisz być sam.

Dono kiwnął głową.

– Przyjaciele są od tego, żeby zauważyć, gdy ktoś zostaje z tyłu. I żeby się zatrzymać, jeśli trzeba.

Kika szturchnęła Rexiego łapką.

– A ja następnym razem, jak zobaczę, że zwalniasz, to cię spytam. I nie przyjmuję żadnej wymówki o mrówkach.

Rexi parsknął śmiechem.

– Dobra. Umowa.

Zatrzymali się na chwilę na Wielkiej Skale Zabaw. Wiatr przyniósł zapach strumienia, liście zaszeleściły, a niebo zaczęło przybierać kolor dojrzałych owoców.

Rexi spojrzał na swoich przyjaciół i poczuł, że to, co rano wydawało się końcem świata, teraz jest tylko… jednym dniem. Dniem, w którym nauczył się czegoś ważniejszego niż wygrana.

Pytania do rozmowy po bajce:

  • Dlaczego Rexi zaczął zostawać z tyłu podczas wyścigu?

  • Jakie zadania przydzielił Dono każdemu z przyjaciół w nowej zabawie?

  • Dlaczego Rexi nie chciał przyznać się przyjaciołom, że boli go łapa?

Komentarze: 0

Wprowadź komentarz

Pamiętaj, że komentarze muszą zostać zatwierdzone przed opublikowaniem.

A może czas na większe przygody?

Kosmiczne Dzieciaki – Galaktyczna Intryga

Kosmiczne Dzieciaki – Galaktyczna Intryga

Kosmiczne Dzieciaki – Galaktyczna Intryga

15,00 zł PLN
Księżniczka Aleksandra

Księżniczka Aleksandra

Księżniczka Aleksandra

15,00 zł PLN
Świąteczna misja Szymańskich

Świąteczna misja Szymańskich

Świąteczna misja Szymańskich

15,00 zł PLN
Niedźwiedź Bruno - Legenda pióra

Niedźwiedź Bruno - Legenda pióra

Niedźwiedź Bruno - Legenda pióra

15,00 zł PLN

Autor bajki

Adam Brykowicz

Jestem autorem bajek dla dzieci i twórcą Mikolito — miejsca, w którym opowieści mają być jednocześnie bezpieczne, mądre i pełne przygody oraz wyobraźni. Od lat piszę historie przeznaczone do wspólnego czytania, inspirowane tematami, które przyciągają dziecięcą uwagę i rozbudzają wyobraźnię.

Strona o autorze