U Szymańskich

Szymańscy w Londynie
Czerwony Olbrzym

Adam Brykowicz
Adam Brykowicz
Autor Mikolito
13 sierpnia 2026
Data publikacji
4 minut
Czas czytania
#135/ 138
Odcinek serii
Szymańscy w Londynie - Czerwony Olbrzym

Drugiego dnia w Londynie rodzina Szymańskich obudziła się w hotelowym pokoju, do którego przez zasłony wpadał chłodny, szary blask poranka. Za oknem miasto już huczało – dudnienie autobusów, trąbienie taksówek, gwar przechodniów spieszących gdzieś z kubkami kawy w dłoniach.

– Metro czy autobus? – zapytała mama, zaglądając do mapy rozłożonej na hotelowym biurku.

– Autobus! Ten czerwony, piętrowy! – wypalił natychmiast Antek, zanim ktokolwiek zdążył się zastanowić. – Widziałem go wczoraj przez okno, jest ogromny jak dom na kołach!

Julka przyjrzała się mapie z powagą kogoś, kto właśnie planuje strategiczną operację.

– Metrem będzie szybciej, ale autobusem zobaczymy więcej. – Zamyśliła się przez chwilę. – Możemy metrem dojechać do centrum, a dalej jechać autobusem.

– Genialne, Kapitanie Julko – mruknął tata z uśmiechem, składając mapę.

Stacja metra powitała ich zupełnie innym światem niż ulica na górze – ciepłym powiewem wiatru z tunelu, zapachem rozgrzanego metalu i gumy, i tym charakterystycznym, głębokim dudnieniem, które czuło się bardziej w stopach niż słyszało uszami.

– Uważajcie na przerwę! – przeczytał na głos Jakub napis widniejący przy krawędzi peronu, po czym zajrzał w szczelinę między peronem a torami z miną prawdziwego badacza.

Pociąg wjechał z hukiem, otworzył drzwi z cichym sykiem, a rodzina wcisnęła się do środka razem z tłumem porannych pasażerów. Antek złapał się metalowego uchwytu i zawisł na nim całym ciężarem, dopóki mama nie spojrzała na niego znacząco.

– To nie huśtawka – powiedziała z uśmiechem.

Pociąg ruszył z szarpnięciem, a za oknami zamiast krajobrazu przesuwała się tylko czarna ściana tunelu, od czasu do czasu przecięta błyskiem świateł mijanej stacji.

– Jak oni w ogóle wiedzą, gdzie jest która stacja, skoro nic nie widać? – zastanawiał się głośno Antek.

– Liczą, pewnie – odparł Jakub, choć sam nie brzmiał na do końca przekonanego.

Kilka przystanków później wynurzyli się z powrotem na powierzchnię, w sam środek zgiełku centrum – klaksonów, dzwonków rowerów i gwaru dziesiątek języków mieszających się w powietrzu.

Przystanek autobusowy okazał się za to prawdziwym polem bitwy. Gdy tylko czerwony, piętrowy olbrzym z cichym sykiem otworzył drzwi, Antek rzucił się do przodu tak gwałtownie, że omal nie wpadł na starszą panią z parasolką.

– Przepraszam! – zawołał przez ramię, już pędząc po wąskich, kręconych schodkach na górę.

– Antek, poczekaj na resztę! – zawołała za nim Julka, próbując przecisnąć się przez tłum bez utraty równowagi.

Na górnym pokładzie rozegrała się prawdziwa rywalizacja o najlepsze miejsca – te na samym przedzie, tuż nad przednią szybą kierowcy, skąd widać było całą ulicę jak na dłoni. Antek zdążył pierwszy, zajmując od razu dwa miejsca rękami i nogą, co wywołało śmiech całej rodziny.

– Trzy osoby, dwa miejsca zajęte kończynami – zauważyła sucho Julka, mimo to siadając tuż obok niego.

Jakub usadowił się z drugiej strony, od razu wyjmując zeszyt, a rodzice zajęli miejsca tuż za dziećmi. Starszy pan siedzący kilka miejsc dalej z uśmiechem na ustach obserwował ich zmagania o najlepsze miejsca, jakby widywał takie widoki każdego dnia. 

Autobus ruszył z lekkim szarpnięciem i cała trójka poczuła, jak podłoga faluje im pod stopami przy każdym zakręcie – wysoko nad ulicą, jakby jechali na grzbiecie olbrzyma.

– Patrzcie! – krzyknął nagle Jakub, wskazując palcem przez szybę. – Samochody jadą po lewej stronie!

Rzeczywiście – cały ruch uliczny, który dotąd wydawał im się chaotyczny, teraz, z góry, układał się w wyraźny, uporządkowany wzór – wszystkie auta trzymały się lewego pasa, mijając się z prawej strony w sposób zupełnie odwrotny niż w Polsce.

– To jakiś błąd? – zapytał Antek, marszcząc czoło.

– Nie, to tak ma być, tu w Anglii – wyjaśniła mama, pochylając się między fotelami. – To bardzo stara tradycja. Podobno jeszcze w czasach, kiedy ludzie jeździli konno, wygodniej było trzymać się lewej strony drogi, żeby prawą ręką – tą, w której najczęściej trzymano miecz – móc się bronić, jeśli ktoś jechał z naprzeciwka.

– Więc to zostało z czasów rycerzy? – Oczy Antka rozbłysły entuzjazmem.

– Coś w ten deseń – roześmiał się tata. – Kiedy potem wymyślono samochody, Brytyjczycy po prostu zostali przy starym zwyczaju, a większość Europy z czasem przeszła na jazdę prawostronną.

Jakub natychmiast zaczął notować, rysując obok dwie strzałki – w lewo i w prawo – żeby zapamiętać różnicę, a potem, po chwili namysłu, dodał dopisek: „sprawdzić, dlaczego akurat miecz w prawej ręce".

Autobus tymczasem mijał kolejne skrzyżowania, a widok z górnego pokładu za każdym razem odsłaniał coś nowego – czerwoną budkę telefoniczną, sklep z parasolami w oknie wystawowym, kogoś prowadzącego na smyczy aż trzy identyczne psy jednocześnie.

– Popatrzcie na tego pana z psami! – zawołała Julka, na co Antek natychmiast przylgnął nosem do szyby, próbując policzyć, ile jeszcze zwierząt uda mu się dostrzec z góry.

Na jednym z zakrętów autobus przechylił się na tyle mocno, że Antek, zbyt zajęty liczeniem psów, zsunął się nagle z fotela wprost na podłogę, ku wielkiej uciesze reszty rodziny.

– Kapitanie, meldunek: pasażer nie utrzymał kursu – zaśmiała się Julka, pomagając mu wstać.

– To nie moja wina, autobus skręcił zdradliwie! – bronił się Antek, otrzepując spodnie, sam też się śmiejąc.

Kiedy w końcu wysiedli na przystanku, popołudniowe słońce przebiło się przez chmury, złocąc dachy autobusów mijających skrzyżowanie. Cała rodzina stanęła na chwilę na chodniku, patrząc, jak kolejny czerwony olbrzym z cichym sykiem zamyka drzwi i rusza dalej swoją trasą, trzymając się skrupulatnie lewej strony ulicy.

– Wiecie co – powiedział Jakub, chowając zeszyt do plecaka – w metrze nic nie widać, ale wiadomo, dokąd się jedzie. W autobusie widać wszystko, ale trzeba samemu pilnować, gdzie się jest.

– Filozof z ciebie – mruknął tata, kładąc mu rękę na ramieniu.

– Ja i tak wolę autobus – oznajmił Antek. – Nawet jeśli się z niego spadnie.

Julka pokręciła głową z udawaną powagą, ale w kącikach ust czaił jej się uśmiech, gdy patrzyła, jak czerwony autobus znika za rogiem – wielki, nieco toporny, a jednak poruszający się przez miasto z taką pewnością, jakby od wieków dokładnie wiedział, po której stronie ulicy jest jego miejsce.

← Poprzednia bajka Szymańscy w Londynie - Podróż Samolotem Następna bajka → Szymańscy w Londynie - Królewska cisza
Ładowanie komentarzy…
Może spodobają Ci się też

Kolejne bajki do przeczytania

Przygody Kółka i Szyny – Torowy labirynt
Przygody Kółka i Szyny

Przygody Kółka i Szyny – Torowy labirynt

7 maja 2025 Czytaj →
Kosmiczne Dzieciaki – Planeta Tęczowych Cieni
Kosmiczne Dzieciaki

Kosmiczne Dzieciaki – Planeta Tęczowych Cieni

5 maja 2025 Czytaj →
Kosmiczne Dzieciaki – Znikające dźwięki
Kosmiczne Dzieciaki

Kosmiczne Dzieciaki – Znikające dźwięki

30 kwietnia 2025 Czytaj →
Przygody Kółka i Szyny – Naprawa mostu
Przygody Kółka i Szyny

Przygody Kółka i Szyny – Naprawa mostu

28 kwietnia 2025 Czytaj →