Drugiego dnia w Londynie rodzina Szymańskich obudziła się w hotelowym pokoju, do którego przez zasłony wpadał chłodny, szary blask poranka. Za oknem miasto już huczało – dudnienie autobusów, trąbienie taksówek, gwar przechodniów spieszących gdzieś z kubkami kawy w dłoniach.
– Metro czy autobus? – zapytała mama, zaglądając do mapy rozłożonej na hotelowym biurku.
– Autobus! Ten czerwony, piętrowy! – wypalił natychmiast Antek, zanim ktokolwiek zdążył się zastanowić. – Widziałem go wczoraj przez okno, jest ogromny jak dom na kołach!
Julka przyjrzała się mapie z powagą kogoś, kto właśnie planuje strategiczną operację.
– Metrem będzie szybciej, ale autobusem zobaczymy więcej. – Zamyśliła się przez chwilę. – Możemy metrem dojechać do centrum, a dalej jechać autobusem.
– Genialne, Kapitanie Julko – mruknął tata z uśmiechem, składając mapę.
Stacja metra powitała ich zupełnie innym światem niż ulica na górze – ciepłym powiewem wiatru z tunelu, zapachem rozgrzanego metalu i gumy, i tym charakterystycznym, głębokim dudnieniem, które czuło się bardziej w stopach niż słyszało uszami.
– Uważajcie na przerwę! – przeczytał na głos Jakub napis widniejący przy krawędzi peronu, po czym zajrzał w szczelinę między peronem a torami z miną prawdziwego badacza.
Pociąg wjechał z hukiem, otworzył drzwi z cichym sykiem, a rodzina wcisnęła się do środka razem z tłumem porannych pasażerów. Antek złapał się metalowego uchwytu i zawisł na nim całym ciężarem, dopóki mama nie spojrzała na niego znacząco.
– To nie huśtawka – powiedziała z uśmiechem.
Pociąg ruszył z szarpnięciem, a za oknami zamiast krajobrazu przesuwała się tylko czarna ściana tunelu, od czasu do czasu przecięta błyskiem świateł mijanej stacji.
– Jak oni w ogóle wiedzą, gdzie jest która stacja, skoro nic nie widać? – zastanawiał się głośno Antek.
– Liczą, pewnie – odparł Jakub, choć sam nie brzmiał na do końca przekonanego.
Kilka przystanków później wynurzyli się z powrotem na powierzchnię, w sam środek zgiełku centrum – klaksonów, dzwonków rowerów i gwaru dziesiątek języków mieszających się w powietrzu.
Przystanek autobusowy okazał się za to prawdziwym polem bitwy. Gdy tylko czerwony, piętrowy olbrzym z cichym sykiem otworzył drzwi, Antek rzucił się do przodu tak gwałtownie, że omal nie wpadł na starszą panią z parasolką.
– Przepraszam! – zawołał przez ramię, już pędząc po wąskich, kręconych schodkach na górę.
– Antek, poczekaj na resztę! – zawołała za nim Julka, próbując przecisnąć się przez tłum bez utraty równowagi.
Na górnym pokładzie rozegrała się prawdziwa rywalizacja o najlepsze miejsca – te na samym przedzie, tuż nad przednią szybą kierowcy, skąd widać było całą ulicę jak na dłoni. Antek zdążył pierwszy, zajmując od razu dwa miejsca rękami i nogą, co wywołało śmiech całej rodziny.
– Trzy osoby, dwa miejsca zajęte kończynami – zauważyła sucho Julka, mimo to siadając tuż obok niego.
Jakub usadowił się z drugiej strony, od razu wyjmując zeszyt, a rodzice zajęli miejsca tuż za dziećmi. Starszy pan siedzący kilka miejsc dalej z uśmiechem na ustach obserwował ich zmagania o najlepsze miejsca, jakby widywał takie widoki każdego dnia.
Autobus ruszył z lekkim szarpnięciem i cała trójka poczuła, jak podłoga faluje im pod stopami przy każdym zakręcie – wysoko nad ulicą, jakby jechali na grzbiecie olbrzyma.
– Patrzcie! – krzyknął nagle Jakub, wskazując palcem przez szybę. – Samochody jadą po lewej stronie!
Rzeczywiście – cały ruch uliczny, który dotąd wydawał im się chaotyczny, teraz, z góry, układał się w wyraźny, uporządkowany wzór – wszystkie auta trzymały się lewego pasa, mijając się z prawej strony w sposób zupełnie odwrotny niż w Polsce.
– To jakiś błąd? – zapytał Antek, marszcząc czoło.
– Nie, to tak ma być, tu w Anglii – wyjaśniła mama, pochylając się między fotelami. – To bardzo stara tradycja. Podobno jeszcze w czasach, kiedy ludzie jeździli konno, wygodniej było trzymać się lewej strony drogi, żeby prawą ręką – tą, w której najczęściej trzymano miecz – móc się bronić, jeśli ktoś jechał z naprzeciwka.
– Więc to zostało z czasów rycerzy? – Oczy Antka rozbłysły entuzjazmem.
– Coś w ten deseń – roześmiał się tata. – Kiedy potem wymyślono samochody, Brytyjczycy po prostu zostali przy starym zwyczaju, a większość Europy z czasem przeszła na jazdę prawostronną.
Jakub natychmiast zaczął notować, rysując obok dwie strzałki – w lewo i w prawo – żeby zapamiętać różnicę, a potem, po chwili namysłu, dodał dopisek: „sprawdzić, dlaczego akurat miecz w prawej ręce".
Autobus tymczasem mijał kolejne skrzyżowania, a widok z górnego pokładu za każdym razem odsłaniał coś nowego – czerwoną budkę telefoniczną, sklep z parasolami w oknie wystawowym, kogoś prowadzącego na smyczy aż trzy identyczne psy jednocześnie.
– Popatrzcie na tego pana z psami! – zawołała Julka, na co Antek natychmiast przylgnął nosem do szyby, próbując policzyć, ile jeszcze zwierząt uda mu się dostrzec z góry.
Na jednym z zakrętów autobus przechylił się na tyle mocno, że Antek, zbyt zajęty liczeniem psów, zsunął się nagle z fotela wprost na podłogę, ku wielkiej uciesze reszty rodziny.
– Kapitanie, meldunek: pasażer nie utrzymał kursu – zaśmiała się Julka, pomagając mu wstać.
– To nie moja wina, autobus skręcił zdradliwie! – bronił się Antek, otrzepując spodnie, sam też się śmiejąc.
Kiedy w końcu wysiedli na przystanku, popołudniowe słońce przebiło się przez chmury, złocąc dachy autobusów mijających skrzyżowanie. Cała rodzina stanęła na chwilę na chodniku, patrząc, jak kolejny czerwony olbrzym z cichym sykiem zamyka drzwi i rusza dalej swoją trasą, trzymając się skrupulatnie lewej strony ulicy.
– Wiecie co – powiedział Jakub, chowając zeszyt do plecaka – w metrze nic nie widać, ale wiadomo, dokąd się jedzie. W autobusie widać wszystko, ale trzeba samemu pilnować, gdzie się jest.
– Filozof z ciebie – mruknął tata, kładąc mu rękę na ramieniu.
– Ja i tak wolę autobus – oznajmił Antek. – Nawet jeśli się z niego spadnie.
Julka pokręciła głową z udawaną powagą, ale w kącikach ust czaił jej się uśmiech, gdy patrzyła, jak czerwony autobus znika za rogiem – wielki, nieco toporny, a jednak poruszający się przez miasto z taką pewnością, jakby od wieków dokładnie wiedział, po której stronie ulicy jest jego miejsce.
