U Szymańskich Bajki o przygodach

U Szymańskich
Gra RPG

Adam Brykowicz
Adam Brykowicz
Autor Mikolito
29 października 2026
Data publikacji
8 minut
Czas czytania
#147/ 147
Odcinek serii
U Szymańskich - Gra RPG

Wiatr szumiał za oknem tak, jakby też chciał wejść do środka i usiąść przy stole. W salonie paliły się trzy lampy, na komodzie parowała herbata z dodatkiem pomarańczy, pod kanapą drzemał Łatek, a Julka, Jakub i Antek siedzieli wokół stołu i patrzyli na drzwi, w których za chwilę miał się pojawić tata.

Tata wszedł powoli, jakby niósł coś bardzo kruchego. W jednej ręce miał kartonowe pudełko po płatkach, które Julka po obiedzie pomalowała w góry i chmury, a w drugiej mały aksamitny woreczek. Postawił pudło na stole, rozwinął je jak ekran i schował się za nim.

– Zasłona Mistrza Gry – oznajmił głosem, który brzmiał jak z dużo większego pokoju. – A teraz uwaga.

Rozwiązał woreczek i wysypał na stół kilka kości. Nie były takie jak w chińczyku. Jedna miała cztery ścianki, inna osiem, a jedna, największa i odrapana na rogach, wyglądała jak mały błyszczący kryształ. Na dnie woreczka została jeszcze jedna, zielona, bliźniaczka tej największej, tylko zupełnie nowa.

– Mam je od czasów, kiedy byłem dużo starszy od was, ale dużo młodszy niż teraz – powiedział tata. – Dziś zagramy w grę, w której wszystko dzieje się w wyobraźni, a o tym, co się uda, decyduje kość.

Antek podskoczył na krześle.

– Czy to znaczy, że mogę być kimkolwiek?

– Kimkolwiek.

– A czy mogę próbować czegokolwiek?

– Czegokolwiek. Tylko że zawsze trzeba rzucić, aby sprawdzić czy się udało.

– Czemu ta kość ma dwadzieścia ścianek? – zapytał Jakub, otwierając zeszyt. – W chińczyku jest sześć.

Tata podniósł do światła tę największą.

– Ta kość decyduje o waszym sukcesie. A dwadzieścia ścianek to akurat tyle, żeby z jednego rzutu mogło wyjść wszystko, od największej wpadki aż po prawdziwy cud. Jedynka to pech, dwudziestka to wielki sukces.

– A co, jeśli przegramy? – zapytała Julka.

– W tej grze nie ma przegranej. Jest zwrot akcji i gramy dalej!

Julka uśmiechnęła się, bo były to jej ulubione słowa.

Zasady były proste. Rzucasz kością, dodajesz to, w czym twoja postać jest dobra, i patrzysz, czy wynik jest co najmniej taki jak trudność, którą ustala tata. Jakub zapisał to w zeszycie trzema strzałkami. Potem każde z dzieci wybrało sobie postać i własny sposób rzucania. Julka rzucała obiema dłońmi, jak na scenie. Jakub potrząsał kością trzy razy i dopiero wtedy ją puszczał. Antek dmuchał w pięść.

Julka została wojowniczką, Gwendoliną Żelazną Tarczą, z pokrywką od garnka zamiast tarczy i drewnianą łyżką kuchenną zamiast miecza. Jakub został łucznikiem, Jakubem Cichym Strzałem, z gumowym łukiem po rodzinnym turnieju. A Antek ogłosił, że jest lokalnym pieśniarzem Antonellem Trzy Struny. Zdjął z półki stare ukulele, któremu jedna struna pękła w zeszłym roku, i przeciągnął po nim palcem.

– Bard nie walczy – wyjaśnił tata. – Bard śpiewa i dodaje odwagi. Kiedy Antonello zagra Pieśń Odwagi, jego przyjaciel dostaje plus dwa do rzutu! A kiedy zacznie z kimś gadać, ma plus trzy.

– Gadanie to moja specjalność – zapewnił Antek.

– Wiem – westchnął Jakub.

Zgasili jedną lampę, tata odchrząknął, zmienił głos na wysoki, trochę drżący, i zaczął.

– Wędrowcy, weszliście do Karczmy Pod Zgubionym Kapciem. Karczmarka wyciera kufel i patrzy na was ze strachem.

– Dlaczego ze strachem? – zapytał Antek.

– Bo na Górze Pomruków mieszka smok. Co noc ryczy tak, że w całej wiosce trzęsą się kubki. Bohaterowie, pokonajcie go!

– Co on zrobił? – zapytał Antek.

– Ryczy.

– To wystarczy – zdecydowała Julka, unosząc łyżkę. – Wyruszymy od razu!

Droga na górę zaczynała się przy wielkiej bramie z grubych desek.

– Brama jest zamknięta – oznajmił tata, już swoim własnym głosem. – Tak się przynajmniej wydaje.

– Szanowni państwo, wyważam! – obwieściła Julka. Zacisnęła kość w obu dłoniach, uniosła ją nad głowę jak puchar i rzuciła.

Kość podskoczyła, zawirowała, zadrżała na stole i zatrzymała się jedynką do góry.

W salonie zrobiło się cicho.

– Jedynka – szepnął Jakub.

– Gwendolina bierze rozbieg – powiedział tata. – Uderza całym ciałem w bramę, która... wcale nie jest zamknięta. Wpada do środka i ląduje na wielkim stosie siana.

Antek wybuchnął śmiechem tak głośno, że aż ukulele zsunęło mu się z kolan.

– Gwendolina, ofiara siana! – krzyknął. – Co za dramat, co za zwrot akcji!

Julka padła na dywan jak na stos siana, otrzepywała z włosów niewidzialne źdźbła i śmiała się razem z nim.

– Tak miało być. To był zwrot akcji – oznajmiła, wstając z miną królowej.

Dalej droga prowadziła do głębokiego wąwozu. Most był zerwany, a po drugiej stronie rosło samotne drzewo.

– Trzeba przerzucić linę – powiedział Jakub, a oczy zaświeciły mu się jak lampki. – Mogę ją przywiązać do strzały i wbić w pień. Jaka trudne to będzie?

– Piętnaście – odparł tata. – Strzał jest daleki. Do rzutu dodajesz swój talent łucznika, czyli plus cztery.

– Pieśń Odwagi! – zawołał Antek i przeciągnął palcem po trzech strunach ukulele. Zabrzmiało to dziwnie ale i odważnie. – Plus dwa dla Jakuba!

Jakub wziął kość. Potrząsnął nią trzy razy, jak zawsze, i rzucił spokojnie, bez rozmachu.

Kość pobiegła po stole, obróciła się raz, drugi i stanęła.

– Dwadzieścia – powiedział Jakub bardzo cicho, jakby bał się, że głośniejsze słowo ją przestraszy.

– DWADZIEŚCIA! – wrzasnęli Julka i Antek jednocześnie, a Łatek wyskoczył spod kanapy i zaczął szczekać z czystej radości.

– Krytyczny sukces – powiedział tata, rozkładając ręce za zasłoną. – Strzała leci tak gładko, że przecina chmurę, trafia dokładnie w sęk drzewa po drugiej stronie i wbija się tak mocno, że całe drzewo kłania się Jakubowi z szacunkiem.

Jakub zapisał w zeszycie: „Dwudziestka. Raz na dwadzieścia rzutów. Dzisiaj raz”.

Przeszli po linie, jedno za drugim, na drugą stronę wąwozu.

Potem przyszła kolej na Julkę. Przed wejściem do jaskini leżał głaz, wielki jak szafa.

– Trudność czternaście – zapowiedział tata. – Do rzutu dodajesz siłę wojowniczki, czyli plus trzy.

Julka wstała, jakby naprawdę miała przesunąć głaz, i rzuciła obiema dłońmi, jak na scenie. Wypadło szesnaście, a z siłą aż dziewiętnaście.

– Gwendolina opiera ramię o skałę – opowiadał tata. – Głaz zgrzyta, rusza, toczy się w bok i znika w krzakach. Droga wolna!

Jakub i Antek klaskali, a Julka skłoniła się tak, jakby dziękowała jednocześnie za bramę, wąwóz i głaz, chociaż wąwóz był przecież zasługą Jakuba.

Tata zgasił pozostałe lampy. Wyjął z kieszeni małą latarkę oklejoną czerwoną folią i oświetlił nią sufit. Salon nagle zrobił się czerwony i bardzo duży.

– Jaskinia – powiedział szeptem. – Ściany drżą. Słychać coś niskiego i powolnego.

Sięgnął po kubek herbaty z komody, upił łyk, zrobił głęboki wdech i zaryczał. Z kuchni zadźwięczały kubki.

– Mmmmuuuuhhhhaaaa. Mmu. Mmu. Mmmmuuuuhhhhaaaa.

– Smok! – krzyknęła Julka, zrywając się z krzesła i unosząc łyżkę. – Gwendolina rusza do ataku!

– Czekaj! – Antek złapał ją za rękę. – Posłuchajcie.

Tata ryknął jeszcze raz, dokładnie tak samo. Długo, potem krótko, krótko, a potem znowu długo.

– To nie brzmi jak ryk – powiedział Antek cicho. – To brzmi jak melodia.

Jakub zamknął oczy. Potem otworzył je i zaczął pisać.

– Długo, krótko, krótko, długo – odczytał. – Za każdym razem tak samo. Smok nie ryczy, on próbuje śpiewać.

– A nikt mu nie odpowiada – dodał Antek.

Julka stała z łyżką w górze. Wyglądała jak ktoś, kto w połowie bitwy zmienił plan. Powoli opuściła rękę.

– Czyli nie musimy go pokonywać? – zapytała. – Wystarczy mu odpowiedzieć?

– Chciałbym spróbować – powiedział Antek. – Czy mogę do niego zagadać?

Tata zza zasłony spojrzał na niego poważnie.

– Antonello Trzy Struny, rzuć na gadaninę. Trudność osiemnaście. Smok nigdy z nikim nie rozmawiał, więc będzie ostrożny.

– Osiemnaście – powtórzył Jakub. – A Antek ma plus trzy, więc potrzebuje piętnastu.

– Mogę mieć pomoc? – zapytał Antek.

– Przyjaciele pomagają – odpowiedział tata. – Wtedy rzucasz dwiema kośćmi i bierzesz lepszy wynik.

Julka stanęła po jednej stronie brata, Jakub po drugiej. Trzymali się tak blisko, że Antek czuł ich ramiona. Julka z tarczą w pogotowiu, Jakub z zeszytem, o którym na chwilę zapomniał.

Antek wziął ukulele i zagrał pierwszą nutę. Potem zaśpiewał, a głos mu się trochę trząsł, bo był poruszony.

– Smoku z góry, smoku w skale, twój głos niesie się wspaniale. Zacznij ty, a my dołączymy, bo razem lepiej zabrzmimy.

Tata, zasłonięty kartonem, milczał. Milczał jedną długą sekundę, a salon wstrzymał oddech.

Antek odłożył ukulele. Dmuchnął w pięść, tak jak zawsze, i rzucił naraz obie kości dwudziestościenne.

Zielona potoczyła się po stole i stanęła na siódemce. Julka zacisnęła palce na tarczy. Siedem plus trzy to dziesięć. To za mało.

Druga kość turlała się dłużej. Uderzyła w ekran z kartonu taty, zakołysała się, spadła ze stołu i potoczyła się po dywanie. Wszyscy troje rzucili się za nią naraz. Kość zatrzymała się przy łapie Łatka, który usiadł obok niej, jakby jej pilnował.

Jakub padł na kolana, pochylił się nad kością i przeczytał.

– Piętnaście.

Przez moment nikt się nie odzywał.

– Piętnaście plus trzy – wyliczył Jakub bardzo powoli. – Osiemnaście!.

– OSIEMNAŚCIE! – krzyknęła Julka i objęła obu braci naraz.

Antek, który zawsze miał coś do powiedzenia, tym razem nie powiedział nic. Stał z otwartymi ustami i patrzył na kość, a potem na tatę.

Tata wyjrzał zza zasłony i przemówił głosem smoka, ogromnie niskim i bardzo, bardzo powolnym.

– Ktoś... mnie... usłyszał.

Potem smok zaczął mruczeć. Zaczął od długiej, niskiej nuty, dokładnie takiej jak w ryku, a Antek natychmiast zagrał na ukulele wyższą. Jakub dołożył rytm wystukiwany ołówkiem o stół, Julka zaczęła nucić, a Łatek, jakby tego było mało, zawył raz, melodyjnie i nie do końca w tonacji.

– Smok pyta – powiedział po chwili, już bez zasłony – czy może iść z wami. Ma niski głos i jest dobry w noszeniu bagażu.

– Przyjmujemy!– ogłosiła Julka. – Szanowni państwo, nasza drużyna ma nowego członka.

– Jak się nazywa? – zapytał tata.

Antek zastanowił się najkrócej, jak mógł.

– Bas. Bo ma bardzo niski głos.

Jakub dopisał w swoim zeszycie nową linijkę: „Towarzysz: Bas, smok. Głos: bardzo niski. Udźwig: do sprawdzenia. No i lata”.

W tym momencie drzwi kuchni otworzyły się i weszła mama z tacą, na której stały cztery kubki kakao.

– Nie wiem, kto tu ryczał – powiedziała – ale w kuchni dzwoniły wszystkie kubki.

– To był smok – wyjaśnił Antek.

– A teraz?

– Teraz mruczy – odpowiedziała Julka. – I dołączył do naszej drużyny!

Mama postawiła kubki na stole, spojrzała na kartonową zasłonę, na kość leżącą na dywanie i na psa, który nadal jej pilnował.

– W takim razie pewnie lubi ciepłe mleko z miodem – stwierdziła.

– Uwielbia – zapewnił tata.

Mama wróciła do kuchni i po chwili postawiła na stole piąty kubek, z ciepłym mlekiem i miodem, dla Basa.

Tata zgasił czerwoną latarkę, zapalili z powrotem wszystkie trzy lampy i wypił kakao. Julka obiecała narysować Basowi na następną sesję kartę postaci, Antek napisać mu refren, a Jakub policzyć, ile bagażu smok jest w stanie udźwignąć. Tata schował zieloną kość do woreczka, a starą, odrapaną podniósł z dywanu i położył na stole dwudziestką do góry, tak na wszelki wypadek. Kość z dwudziestoma ściankami leżała tam spokojnie, a pozostałe dziewiętnaście historii cierpliwie czekało na swoją kolej.

← Poprzednia bajka U Szymańskich - Dzwonek na kolację
Ładowanie komentarzy…
Może spodobają Ci się też

Kolejne bajki do przeczytania

Cheddaria w opałach – 7. Koci czarodziej
Cheddaria w opałach

Cheddaria w opałach – 7. Koci czarodziej

29 listopada 2025 Czytaj →
Drużyna Asów – Krykiet
Drużyna Asów

Drużyna Asów – Krykiet

24 listopada 2025 Czytaj →
Smoczy strażnik – 6: Wezwanie z przeszłości
Smoczy Strażnik

Smoczy strażnik – 6: Wezwanie z przeszłości

22 listopada 2025 Czytaj →
Piksel i przytulisko – 9: Sprawa zaginionej budki
Piksel i przytulisko

Piksel i przytulisko – 9: Sprawa zaginionej budki

15 listopada 2025 Czytaj →