Tego dnia szyby w salonie były zaparowane, a z kuchni pachniało pieczonymi jabłkami z cynamonem. Julka, Jakub i Antek siedzieli na dywanie w skarpetkach, które jeszcze nie zdążyły wyschnąć po spacerze i patrzyli, jak tata schyla się nad dolną półką szafy.
– Mam coś, co czeka na was od bardzo dawna – oznajmił. Wyciągnął z szafy płaskie drewniane pudełko z obitym rogiem i położył je na stole tak, jakby było pełne skarbów. – Moje stare szachy.
Z kuchni dobiegł głos mamy.
– Uważajcie na tatę. On zna szachy całkiem nieźle.
Tata odchrząknął, a po chwili udał, że wcale jej nie słyszał.
– Rozkładamy – powiedział.
Pudełko było pełne drewnianych figur, trochę wytartych, o gładkich, ciepłych główkach. Wśród nich leżał jeden przedmiot, który wyraźnie nie pasował do reszty: okrągły, brązowy i błyszczący.
– To kasztan – zauważył Jakub.
– Jeden czarny pion zaginął, kiedy byłem w waszym wieku – wyjaśnił tata. – Od tamtej pory jego miejsce zajmuje kasztan. Co jesień wymieniam go na nowy. Ten jest z tej jesieni i służy z honorem.
– Pionek Kasztanek – ogłosił Antek, kładąc go na planszy z dumą człowieka, który właśnie odkrył nowy ląd.
Julka policzyła kratki szeptem, pole po polu. Wyszło osiem rzędów po osiem pól, razem sześćdziesiąt cztery, jasne i ciemne na przemian, jak kratka na obrusie.
– W szachach nie chodzi o to, żeby zebrać jak najwięcej figur – powiedział tata. – Chodzi o to, żeby król przeciwnika nie miał dokąd uciec. Wtedy mówi się: mat. A zbite figury nie giną, tylko idą odpocząć do pudełka.
– To bardzo uprzejma wojna – zauważyła Julka.
– To jedyna wojna, w której nikt nie jest zły – przyznał tata.
– Zaczynamy od najmniejszych – powiedział i postawił przed dziećmi jednego piona. – Pion idzie do przodu. Pierwszy krok może być dużym skokiem o dwa pola, jak pierwszy dzień w szkole, kiedy człowiek bierze głęboki oddech i idzie. Potem już tylko po jednym.
– A jak ktoś stanie mu na drodze? – zapytał Jakub.
– Wtedy pion stoi i czeka. Nie bije do przodu. Ale kątem oka widzi pole po skosie przed sobą i tam może zbić przeciwnika.
– Pion jest skromny, ale sprytny – zauważył Antek. – Chodzi prosto, a łapie zza rogu.
– A kiedy dojdzie na sam koniec planszy – ciągnął tata – zamienia się w hetmana. Zostaje królową.Albo inną figurą jaką wybierzecie.
Antek wstał i rozłożył ręce.
– Był sobie raz Kasztanek – zaczął głosem narratora – najmniejszy pion w całym królestwie. Wszyscy mówili, że nigdy nie dojdzie daleko. A on szedł i szedł, krok po kroku, aż pewnego dnia...
– ...został królową – dokończyła Julka. – Wiemy, Antek.
– Nie przerywaj mi w środku legendy.
Następna była wieża. Antek natychmiast wziął ją do ręki i przesunął po planszy z dźwiękiem „tuu tuu”.
– Dobrze! – ucieszył się tata. – Wieża jedzie prosto: do przodu, do tyłu i w bok. Tak daleko, jak chce, jeśli nikt jej nie zablokuje.
Antek spróbował ruszyć ją ukosem.
– Wieża nie ma zwrotnic – oznajmił tata. – Szyny prowadzą tylko prosto.
– Czyli jest pociągiem – ustalił Antek z wielkim zadowoleniem, odstawiając ją na właściwe pole.
Potem tata wziął do ręki gońca, wysoką figurę z rozciętym wierzchołkiem.
– Ten jeździ wyłącznie ukosem – powiedział. – Daleko, ale zawsze po skosie.
Jakub przyglądał mu się dłuższą chwilę. Potem przesunął gońca po planszy, jedno pole, drugie, trzecie, i nagle zatrzymał się.
– Zauważyłem coś – powiedział powoli. – On zawsze zostaje na polach tego samego koloru. Jeśli startuje z jasnego, to nigdy nie wejdzie na ciemne.
– Dokładnie tak. Dlatego każdy gracz ma dwa gońce, jeden na jasnych polach, a drugi na ciemnych. Są bardzo wierni swojemu kolorowi.
Jakub zapisał w zeszycie: „Goniec: tylko po skosie. Zawsze ten sam kolor.”
Skoczek wyglądał jak koń. Antek chwycił go oburącz i nie chciał puścić.
– Ten chodzi w kształcie litery L – wyjaśnił tata. – Dwa pola prosto, jedno w bok. I jest jedyną figurą, która potrafi przeskakiwać nad innymi.
– Pokaż, jak to wygląda naprawdę – poprosił Antek.
Poszli do kuchni, gdzie podłogę zdobiły kwadratowe płytki, białe i granatowe na przemian. Mama stała przy piekarniku z łopatką w ręku.
– Skoczek może skakać – powiedziała, nie odwracając się. – Byle nie na garnek.
Antek stanął na jednej płytce, skoczył dwa pola do przodu, jedno w bok i wylądował z głośnym „hop” na kafelku obok lodówki. Spróbował jeszcze raz i jeszcze, aż wreszcie na dobre zrozumiał kształt litery L.
– Jestem skoczkiem – oznajmił. – Najlepszym w historii.
Wrócili do salonu. Julka stała już przy stole z założonymi rękami.
– A teraz hetman – powiedziała. – Ja będę nim w naszej drużynie.
– Hetman jest najpotężniejszy – potwierdził tata. – Idzie jak wieża i goniec razem: prosto albo ukosem, tak daleko, jak zechce.
– Oczywiście – odparła Julka. – Szanowni państwo, hetman przybywa.
– A król? – zapytał Antek. – Dlaczego król tak mało umie? Jest przecież najważniejszy.
– Król idzie tylko o jedno pole w dowolną stronę. Ale to właśnie o niego toczy się cała gra, bo jak król nie ma dokąd uciec, wygrywa przeciwnik.
– Czemu ktoś tak ważny chodzi tak wolno? – nie dawał za wygraną Antek.
– Bo ma kogo wysłać – odpowiedział tata. – I jeszcze jedno. Król nie może wejść na pole, na które patrzy figura przeciwnika. A kiedy ktoś patrzy na samego króla, trzeba powiedzieć głośno: szach.
– Szach! – zawołał Antek do obu królów na planszy.
– Są jeszcze dwa sekretne ruchy – dodał tata, rozkładając ręce. – Ale to już na inną sobotę.
Pierwszą partię dzieci zagrały razem. Julka dowodziła, Jakub rozplanowywał ruchy w zeszycie, a Antek komentował całą grę jak sprawozdawca w telewizji.
– Julka przesuwa piona o dwa pola! Co za odwaga! Co za początek!
Tata bronił się z godnością. Wystawiał wieżę i cofał ją, w jednym miejscu udał, że zapomniał o gońcu, a w innym uciekał królem na bok. W połowie partii tata zauważył, że z planszy zniknął jeden biały skoczek.
– Chowam go na później – wyjaśnił Antek, klepiąc się po kieszeni. – Żeby nikt go nie zbił.
Tata uniósł brew, a potem mrugnął.
– Tym razem przymknę oko – powiedział. – Ale w prawdziwej partii figury zostają na planszy.
Dzieci miały jednak swoje sposoby. Jakub zauważył, że goniec z jasnych pól może odciąć królowi drogę ucieczki, Julka dołożyła hetmana, a Antek wyciągnął z kieszeni swojego skoczka.
– Wrócił z podróży! – ogłosił, kładąc go na planszy.
Skoczek wylądował w odpowiednim miejscu. Julka odetchnęła głęboko.
– Szach – powiedziała cicho. – I mat.
Tata długo patrzył na planszę. Potem położył swojego króla na boku i zrobił uroczystą minę.
– Mat to mat – oznajmił. – A przewrócony król to znak, że gracz uznaje porażkę. To piękny gest.
Dzieci wybuchnęły radością. Antek skakał po dywanie jak skoczek, Jakub rysował w zeszycie małe korony, a Julka wyprostowała się, jakby ktoś właśnie wręczył jej order.
Kiedy zrobiło się trochę ciszej, Jakub odwrócił się do taty.
– A ty kiedyś wygrałeś z kimś mocnym?
– Z wieloma osobami – odparł tata, zbyt szybko.
– Z mamą? – zapytał Jakub.
Cisza w salonie trwała dokładnie sekundę.
– To jest osobna sprawa – powiedział tata.
Z kuchni wyszła mama z kubkiem herbaty w ręku.
– Ktoś chce zagrać?
Tata westchnął i usiadł. Rozstawił figury od nowa. Mama nie usiadła. Stanęła z boku, oparta o oparcie krzesła, z kubkiem w dłoni, jakby przyszła na krótką pogawędkę.
Dzieci ustawiły się wokół stołu, a Antek natychmiast chwycił ołówek Jakuba jako mikrofon.
– Szanowni słuchacze, witamy na meczu stulecia! Tata przesuwa piona. Mama odpowiada pionem. Nikt się nie spieszy!
Mama przesuwała figury prawie bez patrzenia. Wieża jechała po prostej jak pociąg, goniec ślizgał się po ciemnych polach, a hetman zaczął robić porządki na pół planszy. Tata zbił jednego piona, później drugiego, odetchnął z ulgą i dopiero wtedy zauważył, że mama nawet nie mrugnęła.
– Mama poświęca hetmana! – krzyknął Antek, kiedy mama postawiła go tuż obok króla taty.
– Szach – powiedziała spokojnie mama.
– Mama oddaje hetmana? – Julka złapała się za głowę. – Przecież hetman jest najpotężniejszy!
– Tata zbija hetmana wieżą! – ciągnął Antek. – Tata zbił hetmana mamy!
– Tylko ci go pożyczyłam – wyjaśniła mama i wypiła łyk herbaty.
Tata spojrzał na planszę. Jego wieża stała teraz obok króla, w rogu, otoczona własnymi pionami. Król nie miał dokąd pójść. Wszystkie pola dookoła zajmowały jego własne figury.
Mama ujęła skoczka. Przeskoczyła nim nad Kasztankiem, dwa pola prosto i jedno w bok, i postawiła go na polu, z którego patrzył prosto na króla.
– Szach – powiedziała łagodnie. – I mat.
Salon zamarł.
– To się nazywa mat duszony – mruknął tata.
– Mat duszony – powtórzył szeptem Jakub. – Własne wojsko go zadusiło. Król nie miał dokąd uciec, bo wszyscy dookoła byli z jego drużyny.
– Mój skoczek – westchnął Antek z nabożeństwem. – Mój ulubiony skoczek wygrał. I Kasztanek pomógł!
Tata ostrożnie, z godnością, przewrócił swojego króla na bok.
– Ile razy tata z tobą przegrał? – zapytał Jakub, otwierając zeszyt.
– Nie liczę – odparła mama.
– Ja liczę – powiedział tata. – Czterdzieści siedem. Czterdzieści osiem z dzisiejszą.
Julka pobiegła do kuchni i po chwili wróciła z papierowym kubkiem. Okleiła go złotą folią po czekoladzie i flamastrem napisała na nim: MISTRZYNI DOMU. Wręczyła go mamie z uroczystym ukłonem.
– Szanowni państwo – oznajmiła – oto Puchar Mistrzyni.
Mama przyjęła go z powagą, uniosła wysoko i wzięła tatę za rękę.
– Za tydzień rewanż – oznajmiła. – Dzieci i tata przeciwko mnie.
– Tata nauczy nas dwóch sekretnych ruchów – przypomniał Jakub, notując w zeszycie.
– I tym razem wygramy – dodał Antek.
– Zobaczymy – powiedziała mama. – A teraz jabłka.
Przyniosła z kuchni pieczone jabłka, które czekały w ciepłym piekarniku, i rozłożyła je na talerzyki. Każdy dostał po jednym, mistrzyni i pokonany tak samo.
Za oknem zapadał wieczór, w salonie pachniało cynamonem, a przewrócony król leżał na szachownicy z wyrazem kogoś, kto po raz czterdziesty ósmy odkrył, że w tym domu mistrzem zawsze był ktoś inny.
