Na pokładzie Błysku 7 panował ten szczególny rodzaj ciszy, który słychać tylko wtedy, gdy wszyscy są czymś zajęci. Filip robił kolejne obroty krzesłem na mostku, licząc je pod nosem. Lena siedziała skulona nad ekranem, poprawiając trasę lotu o dwie dziesiąte stopnia, bo — jak twierdziła — dwie dziesiąte stopnia to różnica między lądowaniem a nie lądowaniem. Foster leżał na podłodze brzuchem do góry i próbował złapać pyskiem okruszek ciastka, który sam podrzucił w powietrze już siedemnasty raz.
Nagle na konsoli zamigało czerwone światełko, a z głośnika rozległ się elektroniczny, ale wyraźnie rozbawiony głos Blipa: — Sygnał SOS. Współrzędne: planeta Diurna. I zanim ktokolwiek zapyta — nie, to nie jest planeta lodów. Choć nazwa brzmi orzeźwiająco.
— LECIMY! — Filip zeskoczył z krzesła tak szybko, że to zakręciło się jeszcze trzy razy bez niego.
Lena nie podniosła wzroku znad ekranu. — Zanim polecimy — powiedziała spokojnie — chciałabym wiedzieć, co się stało, zanim się zaczęło.
— Właśnie to sprawdzimy na miejscu! — odparł Filip, już wciskając guzik startu.
Foster podniósł głowę znad podłogi. — Mam nadzieję, że ten sygnał SOS jest od kogoś, kto potrzebuje pomocy z ciasteczkami. Bardzo potrzebuje. Pilnie.
Błysk 7 wystrzelił w gwiazdy.
Planeta Diurna wyglądała jak dwie różne pocztówki sklejone przez środek. Po jednej stronie miasto pulsowało — pojazdy śmigały w tę i z powrotem, mieszkańcy rozmawiali w tempie, w którym słowa zlewały się w jeden długi dźwięk, a nawet drzewa zdawały się kołysać szybciej. Po drugiej stronie panował spokój tak gęsty, że słychać było, jak rosa osiada na liściach. Mieszkańcy poruszali się powoli, z namysłem, jakby każdy krok zasługiwał na osobną chwilę uwagi.
Obie strony łączył kiedyś most — teraz leżał w połowie zawalony, z desek sterczały drzazgi, a nad przepaścią unosił się kurz.
Na miejscu czekała na nich burmistrzyni szybkiej strony, Wira, mówiąca tak prędko, że Foster musiał kilka razy poprosić ją o powtórzenie. Był też starszy mieszkaniec powolnej strony, Tobiasz, który każde zdanie zaczynał długą pauzą, jakby najpierw musiał je sobie obejrzeć.
— Oni. Nie. Dbali. O. Most! — powiedziała Wira jednym tchem. — Most się rozpadł, bo nasza strona chciała go przejść, a oni nie zadbali o ich połowę.
Tobiasz pokiwał głową powoli, bardzo powoli. — To... nieprawda — powiedział w końcu. — To oni. Zawsze w biegu. Zniszczyli... deski. Swoim tupotem.
— TUP, TUP, TUP! — Wira aż tupnęła nogą, demonstrując.
Filip poczuł, jak w nim samym rośnie chęć, żeby po prostu wziąć się do naprawy mostu, i to natychmiast. — Możemy naprawić most jeszcze dziś! Mamy narzędzia, mamy ręce, chodźmy! — zawołał, już podchodząc do rumowiska.
Lena złapała go za rękaw. — Filip, poczekaj. Jeśli naprawimy most, zanim zrozumiemy, dlaczego się zawalił, zawali się znowu.
— Ale jeśli będziemy tylko rozmawiać, to nikt go nie przejdzie do wieczora!
— A jeśli go naprawimy źle, nikt go nie przejdzie nigdy.
Zapadła cisza. Nawet Foster przestał gryźć swoje smaczki.
To była pierwsza taka chwila, odkąd wystartowali z Ziemi — Filip i Lena patrzyli na siebie, każde przekonane, że ma rację, i żadne nie chciało ustąpić jako pierwsze.
Blip odezwał się cicho z komunikatora na nadgarstku Leny: — Analiza sytuacyjna: obie strony mają rację co do faktów i obie się mylą co do przyczyny. Rekomenduję: usiąść i porozmawiać.
Foster podszedł i usiadł dokładnie pomiędzy Filipem a Leną, kładąc łeb na łapach. — Wiecie, co jest zabawne? Ja też się czasem kłócę sam ze sobą. Część mnie chce zjeść ciastko od razu, część mnie chce je najpierw powąchać przez pięć minut. I obie części mają rację. Tylko robią to w różnym tempie.
Filip parsknął śmiechem, mimo że wcale nie miał na to ochoty. Lena też się uśmiechnęła, odrobinę.
— Dobra — powiedziała. — Chcę spróbować po twojemu. Zobaczmy, co znajdziemy, jeśli po prostu zaczniemy oglądać most.
— A ja... — Filip przerwał, sam siebie poprawiając. — A ja chcę spróbować poczekać chwilę, zanim zacznę naprawiać. Tylko chwilę.
Podeszli razem do rumowiska. Lena przesuwała palcami po deskach, licząc pęknięcia. Filip przykucnął przy filarze i po prostu patrzył — dłużej, niż zwykle by wytrzymał.
I wtedy zobaczyli, że filar po szybkiej stronie mocno wibrował, obluzowany od stałego tupotu, a deski po powolnej stronie były usztywnione i spękane, bo nigdy nie zaznały żadnego ruchu, który by je uelastycznił.
— Most nie miał nic przeciwko żadnej ze stron — powiedziała Lena, patrząc na Wirę i Tobiasza. — Miał coś przeciwko temu, że nikt nie budował ga dla obu prędkości naraz.
Naprawa zajęła resztę dnia — Foster okazał się zaskakująco pomocny, bo jego węch bezbłędnie wskazywał, które deski są bezpieczne, a które spróchniałe od nierównomiernego użytkowania. Ale to, co zbudowali na końcu, nie było zwykłym mostem.
Na środku, w miejscu, gdzie łączyły się obie strony, powstał krótki, łagodnie pochylony odcinek — „próg przejścia”, jak nazwała go Lena. Kto szedł od strony szybkiej, musiał zwolnić na tych kilku metrach. Kto szedł od strony powolnej, dostawał kilka kroków, żeby się rozpędzić.
Wira przeszła przez most pierwsza, zwalniając odruchowo na progu, i zaskoczona zatrzymała się na chwilę pośrodku. — To... miłe — powiedziała, chyba wolniej niż zwykle.
Tobiasz szedł z drugiej strony, a na progu przyspieszył odrobinę, jakby most sam go ponaglał uśmiechem. — Też. To też miłe — odparł, zdecydowanie szybciej niż zwykle.
Wieczorem, gdy słońce Diurny barwiło niebo na miodowy kolor, obie społeczności spotkały się pośrodku mostu — po raz pierwszy od dawna nie po to, żeby się o coś spierać, tylko żeby razem popatrzeć na zachód.
Filip stanął obok Leny. — Miałaś rację, że trzeba było poczekać.
— A ty miałeś rację, że nie mogliśmy czekać w nieskończoność — odpowiedziała. — Chyba oboje mieliśmy po kawałku racji.
Foster, siedząc między nimi z ostatnim kawałkiem podarowanego przez mieszkańców placka, mruknął z pełnym pyskiem: — Ja od początku wiedziałem. Ciastka też trzeba jeść w swoim tempie.
Gdy Błysk 7 unosił się nad Diurną, most w dole lśnił jak cienka złota nitka spinająca dwie różne prędkości świata w jedną, wspólną drogę.
— Gotowi na kolejny sygnał? — zapytał Blip.
— Zawsze! — odpowiedzieli chórem — każde swoim tempem, ale dokładnie w tej samej chwili.
Komentarze: 0