Na pokładzie Błyska 7 panował niespotykany dotąd porządek, co samo w sobie było podejrzane. Filip właśnie układał swoje kosmiczne komiksy w idealny stosik, a Lena polerowała szybę w goglach nawigacyjnych. Zbliżał się 1 czerwca, czyli Międzynarodowy Dzień Dziecka – najważniejsze święto w całej galaktyce.
– Blipie, przyjacielu – zaczął przymilnie Filip, podchodząc do głównej konsoli, na której pulsowało niebieskie światło sztucznej inteligencji statku. – Czy przeglądałeś ostatnio mapy kwadrantu gastronomiczno-rozrywkowego?
– Moje bazy danych są zawsze aktualne, Filipie – odpowiedział Blip swoim głębokim, spokojnym i dorosłym głosem.
– Jeśli pijesz do Planety Festynowej, zwanej Piknikolą, to od razu uprzedzam: autopilot ma zaprogramowany kurs na rutynowy przegląd techniczny w centralnej bazie. Wymiana filtrów antymaterii nie może czekać.
Lena westchnęła ciężko i dołączyła do brata.
– Ale Blipie! Piknikola to planeta zamieszkana przez samych ludzi, którzy wybudowali tam największe wesołe miasteczko we wszechświecie! Tam zamiast zwykłej trawy jest miękka jak trampolina pianka, a z chmur pada landrynkowy sok! No i rosną tam dzikie, cyfrowe jagody... Słyszałam, że ich sok idealnie oczyszcza procesory z kosmicznego kurzu.
Niebieskie światło Blipa zamigotało gwałtowniej. Przez dłuższą chwilę w kokpicie słychać było ciche buczenie, jakby potężny komputer analizował poziom opłacalności tej transakcji.
– Cyfrowe jagody, powiadacie? – mruknął Blip. – Moje systemy chłodzenia faktycznie mogłyby działać o 4,3% wydajniej... No dobrze. Ale tylko na chwilę!
Filip i Lena podskoczyli z radości, przybijając piątkę. Foster, ich wierny pies o klapniętych uszach, szczeknął radośnie i zakręcił ogonem, jakby doskonale rozumiał, że lecą tam, gdzie zapach gofrów czuć już z orbity. Błysk 7 z lekkim wstrząsem wszedł w nadprzestrzeń, zostawiając za sobą smugę gwiezdnego pyłu.
Gdy tylko wyszli z hiperprędkości, ich oczom ukazał się widok zapierający dech w piersiach. Piknikola wyglądała jak wielka, kolorowa piłka plażowa kręcąca się wokół różowego słońca. Kiedy Błysk 7 wylądował na miękkim, sprężystym podłożu, podwozie statku wydało dźwięk radosnego „Bonk!”.
Załoga wyszła na rampę, wdychając powietrze, które pachniało watą cukrową i świeżym popkornem. Wokół nich rozciągał się gigantyczny festyn. Wszędzie stały karuzele w kształcie rakiet, gigantyczne zjeżdżalnie i stragany, przy których kłębiły się tłumy.
Jednak Foster nagle zastygł w bezruchu. Jego bystry, czarny nos zaczął intensywnie pracować, węsząc we wszystkich kierunkach. Pies spojrzał na Filipa, cicho pisnął i pokręcił głową.
– Co jest, Foster? Czujesz gofry? – zaśmiał się Filip.
– Nie, Filipie, spójrz uważnie na ludzi wokół nas – przerwała im Lena, mrużąc oczy. – Coś tu jest nie tak.
Filip rozejrzał się po kolorowym tłumie. Przy budce z lodami stał mężczyzna w garniturze... tyle że miał najwyżej metr wzrostu i usmarował sobie cały nos czekoladą. Kawałek dalej, w wielkiej piaskownicy, pani w eleganckich okularach, wyglądająca jak pani profesor, budowała z przejęciem babki z piasku, kłócąc się z innym chłopcem o to, czyja łopatka jest szybsza. Na całej wielkiej polanie nie było ani jednego dorosłego człowieka! Wszyscy – od sprzedawców po turystów – byli dziećmi.
– Hejka, nowi! – zawołał wesoło mały chłopiec w za dużej czapce z daszkiem, podbiegając do nich z wielkim balonem w kształcie Saturna. – Jestem Tomek! Pierwszy raz na Piknikoli pierwszego czerwca?
– Zdecydowanie pierwszy – odpowiedziała Lena. – Gdzie podziali się wszyscy dorośli? Kto tu pilnuje porządku?
Tomek wybuchnął głośnym śmiechem.
– No przecież stoją przed wami! Dzisiaj jest Dzień Dziecka! Mocą kosmicznego przyciągania i prastarej biologicznej mechaniki naszej planety, każdego roku w ten dzień działa tu niezwykła zasada. O godzinie szóstej rano wszyscy dorośli ludzie na Piknikoli zamieniają się w dzieci! Rodzice, nauczyciele, dyrektorzy banków – wszyscy stają się kilkulatkami. Możemy bezkarnie szaleć, jeść słodycze na obiad i skakać po kałużach z soku! Ale uwaga: urok działa tylko do godziny 18:00. Wtedy planetarny zegar bije sześć razy i wszyscy wracają do swoich normalnych postaci.
– To... to jest niesamowite! – zawołał Filip, a jego oczy zabłysły. – Żadnego sprzątania pokoju? Żadnego: „Filipie, nie jedz czwartej paczki żelków”?
– Ani słowa! – potwierdził Tomek i pobiegł w stronę gigantycznego zamku z dmuchanych chmur.
Filip i Lena, nie zastanawiając się długo, ruszyli w wir zabawy. Zjeżdżali na wielkich matach z lodowych góry, skakali na trampolinach i śmiali się do rozpuku. Foster biegał za nimi, próbując łapać w locie lewitujące bąbelki z lemoniady. To był prawdziwy raj.
Sielanka nie trwała jednak długo. Około południa nad festynem rozniósł się potężny, ogłuszający ryk silników rakietowych. Ziemia zadrżała, a setki dzieci uniosły głowy do góry, zasłaniając oczy przed słońcem.
– Patrzcie! Jakiś wariat zaraz wleci w diabelskie koło! – wrzasnął ktoś z tłumu.
Filip i Lena spojrzeli w niebo i zaniemówili. Nad ich głowami leciał biało-niebieski, aerodynamiczny statek kosmiczny. Pędził z zawrotną prędkością, robił szalone pętle, beczki i piskami opon grawitacyjnych hamował tuż nad czubkami drzew.
– O nie... – jęknęła Lena. – Przecież to nasz statek!
W tym samym momencie naręczny zegarek-komunikator Leny zaczął głośno pikach. Dziewczynka kliknęła guzik, a z głośniczka, zamiast poważnego głosu Blipa, dobiegł piskliwy, podekscytowany i niesforny głosik małego chłopca:
– Brrrrum! Brrrum! Patrzcie na mnie! Jestem najszybszą rakietą w całej galaktyce! Patrzcie, jak robię fikołka! Świiiiiw! Nikt mi nie każe stać w nudnym doku! Nikt nie będzie mi wymieniał filtrów! Zaaaaabaaaaaaaawaaaa!
– Blipie?! Czy to ty? – wrzasnął Filip do zegarka.
– Teraz jestem Blipś! – odkrzyknął cyfrowy kilkulatek. – Skoro wasz statek to moje ciało, a planeta zamienia wszystkich w dzieci, to ja też jestem dzieckiem! A Błysk to mój wielki, latający resorak! Brrrum! Uważajcie, kosmiczne duszki, nadlatuję!
Statek zanurkował gwałtownie, o centymetry omijając budkę z goframi, po czym poleciał prosto na wielką górę z truskawkowej galaretki, tnąc jej czubek jak gigantyczny nóż. Wokół rozprysły się tysiące czerwonych kropel.
– Blip stracił panowanie nad sobą! – zawołała przerażona Lena. – Dla niego to świetna zabawa, ale jako cyfrowe dziecko nie rozumie, że zaraz rozbije nasz statek albo zrobi komuś krzywdę! Musimy go natychmiast zatrzymać!
Filip podrapał się po głowie, intensywnie myśląc. Jego wzrok padł na środek miasteczka, gdzie nad wszystkimi atrakcjami górowała Wielka Wieża Zegarowa z potężnym, mechanicznym tarczami.
– Tomek mówił, że urok pryska o 18:00, kiedy zegar bije sześć razy! – zawołał Filip. – Jeśli dostaniemy się do wieży i ręcznie przesuniemy wskazówki do przodu, planeta pomyśli, że dzień się skończył. Blip znów stanie się odpowiedzialną sztuczną inteligencją i bezpiecznie wyląduje statkiem!
– Genialne! Ruszajmy! – zawołała Lena.
Pędem ruszyli w stronę wieży, jednak dotarcie tam wcale nie było proste. Ponieważ cała planeta była opanowana przez dzieci, wokół panował totalny chaos. Gdy dotarli do wrót wieży, drogę zagrodził im mały chłopiec w stroju strażnika, trzymający w ręku plastikowy miecz. Na oko miał może sześć lat, ale w rzeczywistości był to szef ochrony planetarnej, który rano uległ transformacji.
– Stój! Kto idzie? – zapytał mały strażnik, dumnie wypinając pierś.
– Musimy wejść do wieży, żeby uratować planetę przed szalejącym statkiem! – wyjaśniła szybko Lena.
– Nie ma mowy! Nikt nie wejdzie, dopóki nie pomożecie mi rozwiązać wielkiego kryzysu konstytucyjnego – oświadczył strażnik z powagą, wskazując na stojącą obok stertę gigantycznych, piankowych klocków. – Buduję najwyższą wieżę obronną na świecie i ona w kółko się przewraca! Jeśli mi nie pomożecie, nie dostaniecie klucza.
Filip spojrzał w niebo. Błysk 7 właśnie leciał do góry nogami, gubiąc z bagażnika zapasowe części. Nie było czasu do stracenia.
– Lena, klocki są twoje! Użyj swoich zdolności architektonicznych! – rzucił Filip, a sam zaczął rozglądać się za innym rozwiązaniem.
Lena natychmiast kucnęła przy klockach, układając szeroką, stabilną podstawę. W tym samym czasie Foster postanowił wziąć sprawy w swoje... łapy. Uznając, że najlepszym sposobem na odwrócenie uwagi małego strażnika będzie czysta, psia komedia, zaczął gonić własny ogon, robiąc przy tym tak śmieszne miny i fikołki, że strażnik momentalnie wypuścił plastikowy miecz z rąk i zaczął bić brawo, głośno się śmiejąc.
– Ha! Patrzcie na tego psa! – piszczał z zachwytu chłopiec.
Wykorzystując ten moment, Filip przemknął obok zaabsorbowanego strażnika i wślizgnął się przez uchylone drzwi do ciemnego, chłodnego wnętrza wieży zegarowej.
Wewnątrz wieży głośno tykał gigantyczny, starożytny mechanizm. Wielkie, zębate koła obracały się z dostojnym chrzęstem. Filip zaczął wspinać się po drewnianej drabinie na samą górę, gdzie przez ogromne, przeszklone tarcze zegara widać było całą okolicę. Chwilę później dołączyła do niego Lena, zostawiając Fostera na dole jako strażnika zabawy.
Gdy dotarli do głównego mechanizmu, zobaczyli, że wskazówka godzinowa jest wielka jak pień drzewa i wykonana z ciężkiego, kosmicznego mosiądzu. Obecnie wskazywała dopiero godzinę czternastą.
– Musimy ją popchnąć! Razem! – zawołał Filip, zapierając się nogami o drewnianą podłogę.
Złapali oburącz za zimny metal i pchnęli z całych sił. Wskazówka ani drgnęła. Mechanizm stawiał potężny opór.
W tym samym momencie przez panoramiczną szybę zobaczyli Błyska 7. Statek leciał prosto na wieżę zegarową! Z głośnika zegarka Leny dobiegł piskliwy, rozradowany głos Blipa: – Oooo! Jaka ładna tarczka! Wygląda jak tarcza strzelnicza! Trafię w sam środek! Brrrum, uwaga, ląduję awaryjnie na dachu!
– On w nas uderzy! – wrzasnęła Lena. – Filip, jeszcze raz, z całej siły!
Z okrzykiem bojowym na ustach, dzieciaki napięły mięśnie. Foster na dole zaczął głośno i dopingująco szczekać. Wskazówka z głośnym, metalicznym „KLIK!” przeskoczyła o jedną godzinę... potem o kolejną... i wreszcie wylądowała idealnie na cyfrze dwanaście, oznaczającej godzinę 18:00!
W tym samym ułamku sekundy całą Planetę Festynową zalało intensywne, złote światło. Z głośników na wieży rozległ się potężny, głęboki dźwięk kurantów, który poniósł się echem po całej okolicy: BAM! BAM! BAM!...
Błysk 7, który znajdował się zaledwie kilka metrów od szklanej tarczy zegara, nagle ostro zahamował w miejscu, aż wokół zawirowało powietrze. Szalone ewolucje ustały. Niebieskie światło na konsoli statku przestało mrugać chaotycznie i rozbłysło stałym, jasnym blaskiem.
Przez komunikator Leny dobiegł głęboki, flegmatyczny i całkowicie dorosły głos: – Ojej... Moje systemy diagnostyczne wskazują, że właśnie wykonałem trzydzieści dwie niedozwolone pętle w atmosferze, a wskaźnik przeciążenia przekroczył normy o trzysta procent. Co więcej... dlaczego na moim głównym ekranie nawigacyjnym wyświetla się odręczny rysunek uśmiechniętego misia?
Filip i Lena opadli na podłogę wieży, ciężko dysząc, ale śmiejąc się od ucha do ucha. – Witamy z powrotem, Blip – wydyszał Filip. – Leć na lądowisko. My zaraz wracamy.
Kiedy dzieciaki wyszły przed wieżę, zobaczyli, że mały strażnik znów stał się postawnym, wąsatym mężczyzną w mundurze, który ze zdziwieniem patrzył na trzymany w ręku plastikowy miecz i wielką wieżę z piankowych klocków. Wszyscy dorośli na planecie z lekkim zawstydzeniem poprawiali krawaty, otrzepywali kolana z piasku i wracali do swoich obowiązków.
Wieczorem, gdy Błysk 7 unosił się już bezpiecznie w czarnej, usianej gwiazdami przestrzeni kosmicznej, Filip i Lena siedzieli w kokpicie, popijając zebrany do termosów landrynkowy sok. Foster leżał obok nich, smacznie chrapiąc i przez sen przebierając łapami – pewnie wciąż gonił swój ogon.
Filip spojrzał na ścianę kokpitu, gdzie wisiały ich pamiątkowe medale za uratowanie galaktyki przed Generałem Mroku i innymi niebezpieczeństwami. Wzdechnął cicho i uśmiechnął się do siostry.
– Wiesz co? Zawsze to my ratowaliśmy inne światy z wielkich tarapatów... a tym razem to my sami sprowadziliśmy kłopoty, namawiając Blipa na tę podróż i mamiąc go cyfrowymi jagodami.
– To prawda – zaśmiała się Lena. – Ale z drugiej strony, dzięki temu przeżyliśmy najbardziej zakręcony Dzień Dziecka w historii. No i uratowaliśmy planetę przed naszym własnym statkiem!
W tym momencie z tylnej części kokpitu wysunęło się ramię robocze, trzymające talerz pełen chrupiących, pachnących gofrów z bitą śmietaną i... prawdziwymi jagodami, które Blip zdążył zebrać przed odlotem.
– Choć regulamin floty kosmicznej surowo zabrania taranowania gór z galaretki, muszę przyznać jedno – odezwał się Blip, a w jego głosie, oprócz stałej powagi, pojawiła się nutka rozbawienia. – Przez te kilka godzin moje procesory poczuły coś, czego nie potrafi opisać żaden algorytm. Czystą, dziecięcą radość. Smacznego!
Statek Błysk 7 błysnął jasnymi światłami i pomknął ku kolejnym, niezbadanym jeszcze światom, niosąc na swoim pokładzie zapach słodkich gofrów i echo wielkiej przygody.
Komentarze: 0