Na statku poranki miały swój własny porządek. Najpierw delikatne mruczenie silników, potem kroki na korytarzu, a na końcu zapach śniadania, który potrafił wślizgnąć się do kajuty zanim jeszcze ktokolwiek zdążył powiedzieć dzień dobry.
Tego dnia Julka obudziła się wyjątkowo szybko. Usiadła na łóżku, przetarła oczy i już sięgnęła po swoją kronikę.
— Dzisiaj… — przeczytała półgłosem z kartki programu edukacyjnego, którą wczoraj dostali — Szkolenie nawigatorów. O, to jest poważne!
Jakub ziewnął, ale gdy usłyszał słowo „nawigator”, natychmiast zrobił się bardziej przytomny.
— Nawigatorzy pracują na mapach morskich. To mogą być prawdziwe mapy, nie te nasze z korytarzy.
Antek przeciągnął się jak kot i wstał z łóżka w papierowej czapce, którą od kilku dni uważał za niezbędny element swojej osobowości.
— Nawigatorzy to moi ludzie — oznajmił. — A ja jestem kapitanem. Więc… szkolenie jest dla mnie.
Julka uniosła brwi.
— Dla nas wszystkich. Tylko ja będę notować. Bo ktoś musi pamiętać, gdzie jest północ, jak się skończy szkolenie.
— Północ jest tam, gdzie jest zimniej i nie ma pingwinów— powiedział Antek odruchowo.
Julka prychnęła śmiechem.
— To jest nawigacja awaryjna, Antku.
W sali edukacyjnej czekał na nich oficer pokładowy. Miał spokojny głos, mundur z przypiętą odznaką i taki wzrok, który mówił: Lubię, kiedy wszystko jest na swoim miejscu.
Na stole leżały mapy. Duże, rozłożone jak obrusy. Nie były to zwykłe mapy z drogami i miastami. Były pełne znaków, kropek, kresek i liczb, które wyglądały, jakby ktoś pisał tu w tajnym języku.
— Dzień dobry, kursanci — powiedział oficer. — Dzisiaj spróbujemy zrozumieć, jak nawigator widzi świat. Na mapie morskiej nie ma ulic. Jest woda, głębokości, znaki i zasady. A zasady na morzu są ważne.
Antek natychmiast wyprostował plecy.
— Kapitan Antek melduje: zasady są ważne. Szczególnie te o obiedzie.
Julka szturchnęła go łokciem, ale oficer tylko uśmiechnął się pod nosem.
— Najpierw zobaczmy mapę. Te liczby oznaczają głębokość. Tu są mielizny, tu tory wodne, tu boje. Nawigator nie wybiera drogi, bo ładnie wygląda. Nawigator wybiera drogę, bo jest bezpieczna.
Julka od razu pochyliła się nad mapą.
— A gdyby… — zaczęła z błyskiem w oku — gdybyśmy chcieli popłynąć tu, tu i tu? Bo tu wygląda jak zatoka, a tu jest taka ciekawa kreska…
Jakub pokręcił głową.
— Najpierw trzeba wiedzieć, co to jest ta kreska.
Oficer skinął, jakby dokładnie na to czekał.
— Właśnie. Zanim wybierzesz kurs, musisz umieć czytać mapę. I musisz umieć odczytać współrzędne.
Słowo „współrzędne” brzmiało poważnie. Julka poczuła, że to jest ten moment, kiedy kronikarka staje się prawie prawdziwym członkiem załogi.
Oficer pokazał na krawędzi mapy rzędy liczb.
— To szerokość i długość geograficzna. Nie będziemy dziś robić trudnej matematyki. Zrobimy coś prostszego: nauczycie się znaleźć punkt, odczytać liczby i powiedzieć gdzie jesteśmy
— A ja potrafię powiedzieć „jesteśmy tutaj” bez mapy — szepnął Antek. — Wystarczy, że jestem.
Jakub otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale powstrzymał się i tylko się uśmiechnął.
Zadanie szkoleniowe było proste na papierze, ale w praktyce wymagało skupienia.
— Macie punkt startu — powiedział oficer, wskazując go ołówkiem. — A tutaj jest punkt celu. Wasza praca: znaleźć współrzędne obu miejsc i wyznaczyć bezpieczny kurs.
Julka wzięła ołówek jak dowódca.
— Dobrze. Start tu. Cel tu. Kurs… — już miała poprowadzić linię, gdy Jakub położył dłoń na mapie.
— Poczekaj. Najpierw sprawdźmy znaki po drodze. Nie możemy przejść przez coś, co wygląda jak… zakaz.
— To nie zakaz, to symbol mielizny — dopowiedział oficer spokojnie. — Jakub ma rację: najpierw dane, potem decyzja.
Julka zacisnęła usta, ale nie ze złości. Bardziej z tego, że bardzo chciała dowodzić, a tu się okazywało, że dowodzenie to też słuchanie innych.
— Dobra — westchnęła. — To sprawdzamy.
Jakub, w swoim żywiole, zaczął odczytywać liczby przy krawędziach mapy.
— Tu jest… tyle i tyle. Czyli punkt startu ma takie współrzędne. A cel takie.
Antek przez chwilę patrzył na mapę, po czym ogłosił:
— Ja już wiem, gdzie jest cel.
— Skąd? — zapytała Julka podejrzliwie.
Antek powąchał powietrze. Bardzo demonstracyjnie.
— Pachnie… jakby z tamtej strony była mesa. Czyli tam jest cel.
Jakub parsknął śmiechem.
— Antek, my mamy cel na mapie morskiej, nie na mapie naleśnikowej.
— A szkoda — odparł Antek. — Mapa naleśnikowa miałaby więcej sensu.
Wtedy Jakubowi przyszło do głowy coś jeszcze. Rozejrzał się po sali, znalazł karton po materiałach edukacyjnych i… oczy mu zabłysły.
— Skoro jesteśmy na szkoleniu nawigatorów, to potrzebujemy sprzętu.
Zanim ktokolwiek zdążył zapytać „jakiego”, Jakub już wycinał w kartonie prostokąt, robił „ekran” z okienkiem, doklejał kapsle jako przyciski i rysował strzałki.
— To jest komputer nawigacyjny — oznajmił z dumą. — Tu wpisuje się współrzędne, tu pokazuje kierunek, a tu… — stuknął w gumkę recepturkę — jest alarm, gdy ktoś próbuje płynąć przez mieliznę.
Julka spojrzała na kartonowy wynalazek z uznaniem.
— Wygląda profesjonalnie.
Antek natychmiast podniósł rękę.
— Czy komputer pokazuje, gdzie jest obiad?
— Nie — odpowiedział Jakub. — Komputer pokazuje, gdzie jesteśmy.
— To ja wolę mój nos — mruknął Antek.
Oficer obserwował ich z rozbawieniem, ale i z wyraźną sympatią.
— Dobrze, kursanci. Widzę, że macie trzy różne style nawigacji: ambitny, dokładny i… zapachowy.
— Zapachowy jest najlepszy — wtrącił Antek.
— Zapachowy jest ostatni — poprawiła Julka.
— Zapachowy jest awaryjny — uściślił Jakub.
Oficer pokiwał głową.
— I to jest świetne. Bo najlepsza załoga to taka, która łączy pomysły z dokładnością. Nawigator musi mieć wyobraźnię, ale też musi umieć powiedzieć sprawdźmy jeszcze raz.
Julka spojrzała na Jakuba.
— Dobra. Ty sprawdzasz, ja decyduję, a Antek szuka obiadu.
Jakub uśmiechnął się.
— I komputer potwierdza.
Antek zrobił poważną minę.
— I nos zatwierdza.
Na koniec szkolenia oficer dał im zadanie praktyczne, które brzmiało jak zagadka.
— Skoro umiecie wyznaczać kurs na mapie, to spróbujcie teraz na statku. Oto mapka pokładów. Wasz cel: znaleźć drogę do… — zawiesił głos, patrząc na Antka — mesy. Ale tak, żebyście potrafili wyjaśnić, jak tam dotarliście.
Antek aż podskoczył.
— W końcu! Moja specjalność!
Wyszli na korytarz. Julka trzymała mapkę jak prawdziwą nawigatorkę, Jakub niósł swój kartonowy wynalazek, a Antek szedł przodem, wciągając powietrze co kilka kroków.
— Kurs: prosto, potem schody, potem w lewo — ogłosiła Julka.
Jakub spojrzał na mapkę i przytaknął.
— Zgadza się. Tylko nie te schody. Te z czerwoną poręczą.
— A ja czuję naleśniki — stwierdził Antek. — I one mówią: czerwone poręcze.
Poszli według mapki. Kiedy skręcili przy drzwiach z kotwicą, Jakub przyłożył „komputer” do ściany, jakby sprawdzał sygnał.
— Komputer pokazuje, że jesteśmy… tu — oznajmił z całkowitą powagą.
— A nos pokazuje, że obiad jest… coraz bliżej — dodał Antek i przyspieszył.
I ku zdziwieniu Julki i Jakuba, Antek rzeczywiście poprowadził ich najkrótszą drogą. Może przypadkiem, może nie, ale gdy drzwi do mesy się otworzyły, zapach był tak wyraźny, że nawet Jakub przyznał:
— Dobra. Awaryjna nawigacja zapachowa działa.
Antek uniósł brodę.
— Mówiłem!
Po powrocie oficer wręczył im symboliczne dyplomy. Julka schowała swój jak skarb, Jakub od razu zapytał, czy może dopisać sobie tytuł specjalisty od komputerów kartonowych, a Antek chciał, żeby na jego dyplomie było dopisane nawigator zapachowy pierwszej klasy.
Wieczorem w kajucie Julka kończyła ostatnie notatki w swojej kronice, gdy tata zajrzał, by powiedzieć dobranoc.
— Tato, dzisiaj naprawdę byliśmy nawigatorami.
Tata uśmiechnął się.
— I jak wam poszło?
Jakub odpowiedział pierwszy:
— Dokładnie.
Julka dodała:
— Odważnie.
Antek podsumował najkrócej, jak umiał:
— Smacznie.
I w tej jednej odpowiedzi mieściło się właściwie wszystko, co w ich załodze działało najlepiej: pomysł, porządek i śmiech, który prowadził ich przez każdy korytarz statku — nawet bez współrzędnych.
Komentarze: 0