Deszcz bębnił o dach chatki Bruna tak miarowo, jakby ktoś na zewnątrz pilnował rytmu. Po szybach spływały długie krople, a w środku pachniało suszonymi jabłkami i ciepłym wywarem z lipy. Na stole paliła się świeca, której płomyk drżał za każdym razem, gdy ktoś otwierał drzwi.
Tego wieczoru przy stole zebrała się cała ekipa. Sabina opowiadała coś jednocześnie Julianowi i Zdzisławowi, nie zważając na to, że żaden z nich nie zdążył jej odpowiedzieć. Zdzisław układał w równy stosik kartki z hasłami, zerkając na nie tak, jakby podliczał zapasy na zimę. Julian siedział z kubkiem herbaty i uśmiechał się do płomienia.
– Gramy w kalambury – oznajmił Bruno, podnosząc rękę, żeby przerwać Sabinie w pół zdania. – Dwie drużyny. Ja z Julianem, a wy dwoje razem.
– Kalambury to bez słów, tak? – upewniła się Sabina i zrobiła minę kogoś, kto właśnie usłyszał, że ma wstrzymać oddech na całą noc.
Pierwsza runda ruszyła z hukiem, który tylko częściowo pochodził od deszczu. Sabina dostała hasło „deszcz” i przez dwie sekundy wytrzymała w milczeniu, po czym wyrzuciła z siebie:
– No przecież leje, popatrzcie za okno, to się samo nasuwa!
– Dyskwalifikacja – westchnął Bruno łagodnie.
Zdzisław miał pokazać „motyla”. Wstał, wyprostował się i zaczął z namaszczeniem wskazywać na wyimaginowany zegar, a potem machać rękami, jakby odhaczał kolejne punkty na liście.
– Skrzydlaty plan dnia? – zgadywała Sabina z całkowitą powagą.
– Prawie – odparł Zdzisław, rozczarowany, że tak trudno zrozumieć go wprost.
– Dyskwalifikacja? – zapytał spokojnie Julian. – Ty też się odezwałeś...
Bruno tylko pokiwał głową, a Zdzisław usiadł z miną kogoś, kto znalazł błąd we własnych rachunkach.
Kiedy przyszła kolej na Juliana, dostał hasło „liść”. Wystarczyło, że uniósł kopytko i powoli opuścił je ku stołowi, kołysząc nim na boki jak spadającym liściem. Bruno zawołał „liść!” jeszcze zanim kopytko dotknęło blatu, i drużyna zdobyła punkt.
– Ja bym też tak umiała – mruknęła Sabina, siadając ciężko na ławie. – Gdybym tylko mogła mówić.
Próbowała jeszcze raz, pokazując „wieczór”. Przeciągnęła się dramatycznie i zaczęła ziewać tak szeroko, że wszyscy wybuchnęli śmiechem.
– Nuda! – zawołał Zdzisław.
– Zmęczenie! – zgadywał dalej, coraz mniej pewnie.
– Chyba jestem w tym beznadziejna – westchnęła Sabina i po raz pierwszy tego wieczoru jej głos zabrzmiał cicho.
Wtedy ktoś zapukał do drzwi.
Dźwięk był słaby, jakby pukał ktoś, komu brakuje już sił. Kiedy Bruno otworzył, płomień świecy zadrżał i prawie zgasł, a w progu stał młody bocian. Pióra kleiły mu się do boków, skrzydła zwisały bezwładnie, a sam trząsł się tak mocno, że krople wody kapały z niego na podłogę. Otworzył dziób, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie wydobył z siebie żadnego dźwięku. Nawet klekotu, którym porozumiewają się bociany.
– Wejdź, szybko, wejdź – powiedział Bruno i odsunął się od drzwi.
Zdzisław już niósł koc, a Julian podsunął ławę bliżej kominka. Bocian usiadł, otulony, i znów spróbował przemówić, ale zimno zdawało się trzymać jego głos w twardym uścisku.
– Chyba mu słowa zamarzły gdzieś po drodze – powiedział cicho Julian.
– Co się stało? – zawołała Sabina, podchodząc bliżej. – Skąd lecisz? Gdzie twoi? Dlaczego sam? Czy ktoś cię gonił?
Bocian cofnął się lekko, przestraszony nawałnicą pytań, a Bruno położył Sabinie dłoń na ramieniu.
– Poczekaj, Sabino. Tak nie damy rady.
W chatce zapadła cisza, a deszcz za oknem wydał się nagle głośniejszy. Wszyscy patrzyli na bociana, który patrzył na nich. Kartki z hasłami leżały na stole, zapomniane. Zaczynała się prawdziwa gra i tym razem nikt nie znał hasła.
– Zróbmy to po kolei – zaproponował Zdzisław, prostując się. – przekręć głowę na „nie”. Pokiwaj na „tak”. Prosta zasada, żadnych nieporozumień.
Bocian spojrzał na niego i mrugnął dwa razy, jakby od razu zrozumiał.
– Zgubiłeś się? – zapytał Zdzisław.
Bocian pokiwał głową.
– Jesteś sam?
Bocian znów pokiwał twierdząco.
– Leciałeś długo?
Bocian zawahał się, po czym pokiwał przytakując i z wielkim wysiłkiem skinął głową. Julian, który stał obok, uniósł kopyta i pokazał falowanie, jak wiatr, a potem szybkie, ukośne ruchy, jak deszcz. Bocian pokiwał głową tak energicznie, że aż zachwiał się na ławie.
Tymczasem Bruno wrócił od kominka z kubkiem gorącej herbaty. Przytknął go ostrożnie do dzioba bociana, który po kilku łykach przestał tak mocno drżeć. Nadal jednak nie mógł wydobyć głosu.
Sabina początkowo próbowała jeszcze coś dopowiadać, podpowiadać, zgadywać na głos, ale każde jej słowo gubiło się w ogólnej uwadze skierowanej na bociana. W pewnym momencie zamilkła, zawstydzona, usiadła obok niego i po prostu patrzyła.
I wtedy zobaczyła to, czego nikt inny nie zauważył.
Bocian co chwilę zerkał w stronę okna, na ciemne niebo za szybą. Szyba obok kominka zaparowała od ciepła. Bocian pochylił się i końcem dzioba narysował na niej kilka małych ptaszków, a trochę dalej, z tyłu, jeszcze jednego. Zrobił to szybko i cicho, a potem spuścił głowę.
– To stado – szepnęła Sabina. – Wszystkie bociany poleciały razem, a ten jeden, z tyłu, to ty. Zostałeś w tyle i szukasz drogi.
Bocian spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami i pokiwał głową, tak szybko, że aż się zachwiał. Potem powoli wskazał skrzydłem w stronę południa.
– Pyta, którędy – dodał Julian z cichym podziwem.
Wszyscy odwrócili się do Sabiny. Zdzisław chrząknął.
– Gdyby nie twoje oko do szczegółów – powiedział – mój system kiwania nie zaprowadziłby nas dalej niż do „tak” i „nie”.
Sabina nie odpowiedziała od razu, bo nie wiedziała, co powiedzieć. To zdarzało jej się naprawdę rzadko.
Później, gdy bocian zasnął przy kominku z głową schowaną pod skrzydłem, Sabina usiadła przy Brunie i po cichu przyznała, że przez cały wieczór czuła się do niczego.
– Bez gadania jestem jak bez rąk – powiedziała. – A tu nagle okazało się, że wystarczyło popatrzeć.
Bruno nie odpowiedział jej mądrym powiedzonkiem. Zapytał tylko, kto jako pierwszy zauważył, o co prosi gość, a Sabina sama się uśmiechnęła, nim zdążył dokończyć.
Rano deszcz ustał, a przez szyby wpadało blade słońce. Bocian obudził się wypoczęty, a jego głos, rozgrzany nocą przy kominku, wrócił.
– Dziękuję wam – powiedział, jeszcze trochę zachrypnięty. Potem zwrócił się do Sabiny: – Dobrze odgadłaś. Burza rozdzieliła mnie ze stadem i nie wiedziałem już, w którą stronę lecieć.
Wszyscy zebrali się, żeby mu pomóc. Julian czubkiem kopytka narysował na szerokim liściu kierunek lotu, Zdzisław zaznaczył na tym samym liściu kilka charakterystycznych punktów w lesie, które miały mu pomóc trafić, a Sabina pokazała gestami, gdzie szukać zakola rzeki, przy którym bociany każdej jesieni zatrzymują się na odpoczynek. Choć mogła po prostu powiedzieć, wolała pokazać.
Bocian wzbił się w powietrze, zatoczył nad chatką jedno szerokie koło i zaklekotał dziobem na pożegnanie, głośno i radośnie. Sabina bez namysłu zawołała w niebo, jakby zgadywała hasło:
– Klekot!
Ptak jakby kiwnął głową, choć mógł to być tylko podmuch wiatru. Potem poleciał na południe i szybko zmalał do ciemnej kropki na tle jasnego nieba.
Na stole, między rozrzuconymi kartkami, leżało jedno białe piórko. Na odwrocie jednej z kartek ktoś narysował nim kilka małych ptaszków i jednego, który właśnie je doganiał: nowe hasło do następnej rundy kalamburów.
