Tor Sachsenring rozciągał się wśród zielonych pagórków jak srebrna wstążka. Zakręty przypominały pętle, które tylko najlepsi potrafili rozplątać. Dla Błyska był to pierwszy powrót na tak profesjonalny tor, odkąd zniknął z wyścigowej elity.
— No proszę… Sachsenring — westchnął z nostalgią. — Kiedyś znałem tu każdy centymetr.
— A teraz? — zapytał Klakson, parkując z boku.
— Teraz… znów muszę się ich nauczyć — odpowiedział cicho Błysk.
Wokół nich panował ruch jak w mrowisku. Zespoły rozstawiały ogromne namioty z laptopami, monitorami i ekipą na dziesięć aut. Klakson, z kluczem wystającym z kieszeni i skrzynką z naklejką „Klakson – Naprawy od ręki”, wyglądał jak ktoś, kto pomylił zawody z festynem.
— Nie wyglądamy tu… zbyt poważnie — mruknął traktor.
— Ale za to działamy poważnie — odparł Błysk z uśmiechem.
Podczas spaceru po padoku Błysk nagle zamarł.
— To… niemożliwe.
Przed nimi, pod parasolem z logo szkoły wyścigowej, stał Silver – stary, srebrny bolid, niegdyś legenda torów, teraz z odrapanym lakierem i siwą brwią nad reflektorem.
— Błysk? No proszę… kto by pomyślał — powiedział Silver z łobuzerskim uśmiechem.
— Wy się znacie? — zapytał Klakson, wyraźnie zaskoczony.
— Jak najbardziej! Kiedyś ścigaliśmy się razem. On był młody i szybki, ja stary i sprytny. A dziś… — Silver rozłożył lusterka — …jestem już tylko stary.
Rozmawiali chwilę. Silver, z typowym dla siebie humorem, wspomniał czasy, gdy najważniejsze były emocje, a nie punkty.
— Dziś wszyscy ścigają się, jakby uciekali przed jakimś potworem. Gdzie się podziała frajda? — zapytał półżartem.
Błysk zamilkł. To pytanie utkwiło mu w myślach jak gwóźdź w oponie.
Kwalifikacje nie poszły dobrze. Błysk od samego rana był spięty. Krążył wokół toru nerwowo, przyspieszał w nieodpowiednich momentach, hamował zbyt późno. Chciał być najszybszy. Chciał wszystkim udowodnić, że wrócił – lepszy niż wcześniej.
— Daj znać, kiedy zjedziesz, to sprawdzę ci ustawienia — powiedział przez radio Klakson.
— Nie teraz! Mam jeszcze dwa okrążenia! — warknął Błysk.
Jechał na granicy ryzyka. W jednym zakręcie na milimetry minął barierę. W kolejnym wypadł na trawę i stracił cenne sekundy. Wściekłość buzowała w silniku bardziej niż paliwo.
Po zakończeniu sesji zajął dopiero szóste miejsce.
— Nie rozumiem. Przecież byłem szybki! — rzucił z irytacją.
— Byłeś szybki. Ale nie byłeś sobą — odpowiedział spokojnie Klakson. — Jechałeś, jakbyś się ścigał z własnym cieniem.
Wyścig rozpoczął się w pełnym słońcu. Błysk ustawił się na starcie, silnik drżał. Ale tym razem – coś się zmieniło. W jego reflektorach nie było złości. Była… ciekawość.
— Klakson, jesteś gotowy? — zapytał przez radio.
— Zawsze. A ty?
— Też. Ale nie do walki o puchar. Do jazdy. Po prostu jazdy.
Sygnał startu. Ryk silników. Błysk ruszył równo z resztą stawki. Nie forsował się, nie szarpał. Wchodził w zakręty płynnie, jakby tańczył po asfalcie.
Pierwsze okrążenie – piąty. Drugie – czwarty. Trzecie – trzeci.
Klakson obserwował i podpowiadał:
— Przeciwnik z przodu ma zbyt szeroki tor jazdy. Wyprzedzisz go na wejściu w zakręt. Spokojnie.
I tak było. Błysk zaczął jechać mądrze, z sercem. Wykorzystywał nie siłę, lecz wyczucie. Gdy nadjechał przedostatni zakręt, był już drugi. Przed nim został tylko lider.
Ostatnie okrążenie. Zakręt, w którym mógł wyprzedzić. Wiedział jak. Czuł, że może. Ale spojrzał – przeciwnik był zbyt blisko bandy. Wyprzedzenie teraz oznaczało ryzyko kolizji.
Błysk odpuścił. Zwolnił delikatnie i wjechał na metę jako drugi.
Bez trofeum. Ale z czymś o wiele cenniejszym.
— Wiesz co, Klakson? Znowu to czuję — powiedział po wyścigu Błysk. — Ten dreszcz. Nie przez puchar – przez jazdę.
— To był twój najlepszy wyścig. Choć nie miał błysku. Miał serce — odparł Klakson.
Wtedy podszedł organizator z plakietką w zderzaku.
— Gratulacje. Jesteście zaproszeni na eliminacje do serii mistrzowskiej. To nie będą już lokalne zawody. Czas sprawdzić, czy jesteście gotowi na coś więcej.
Błysk spojrzał na Klaksona.
— Myślisz, że jesteśmy?
Traktor uśmiechnął się lekko.
— Dopiero się rozgrzewamy.
Komentarze: 0